Wpis opublikowany w lutym 2017 roku. Ceny, rozkłady, przepisy i inne informacje praktyczne mogły się od tego czasu zmienić.
Beskid Niski jest krainą wymarzoną dla rowerzysty. To ciągle góry, ale niewielkie wysokości względne pozwalają na ich zwiedzanie rowerem. To już prawie Bieszczady, ale turystów na szlakach wielokrotnie mniej. Gęsta i dobrze oznaczona sieć szlaków rowerowych, znikomy ruch kołowy, możliwość zjechania w jedną z tysięcy nieoznaczonych dróg leśnych sprawia, że w Beskidzie Niskim odnajdzie się zarówno zapaleniec, jak i amator. I ta nieograniczona przestrzeń… National Geographic uznał szlaki rowerowe w Beskidzie Niskim za najpiękniejsze w Polsce. Czy muszę Was przekonywać dalej do wypadu w Beskid na dwóch kółkach?
Opis szlaków podzieliłem na kilka tematycznych części. Przejechanie każdej z tras pozwoli poznać to, co w Beskidzie Niskim najciekawsze i najpiękniejsze. Szlaki rowerowe w Beskidzie Niskim prowadzą przez góry, bezdroża, drogi asfaltowe, drogi polne, przecinają strumienie, granice, lasy, łąki… Uroku i tajemniczości dodają ukryte w tym krajobrazie drewniane łemkowskie cerkwie, architektoniczne perły wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Część pierwszą nazwałem roboczo „Bezdroża„. Prowadzi ona najdzikszymi ostępami Beskidu Niskiego i pozwala poczuć prawdziwy czar tego tajemniczego regionu. Zapraszam do lektury tutaj. Dziś czas na część drugą, „Pogranicze„. Poprowadzi nas ona od szkolnego schroniska w Myscowej, polnymi drogami, aż do granicy ze Słowacją. Największym atutem trasy będzie jej dziki, autentyczny charakter.
Pogranicze (45 km, 3-5 godzin, 528 metrów podjazów)
Myscowa - Krempna - Kotań - Świątkowa Mała - Rozstajne - Nieznajowa - Czarne - Krzywa - Gładyszów - Smerekowiec - Regetów
Szkolne schronisko młodzieżowe w Myscowej
Podróż rozpoczynamy w miejscu tak mało znanym, że nieistniejącym jeszcze w żadnym spisie. Schronisko - widmo w Myscowej. Zlokalizowane w starej kamienicy, szkolne schronisko w Myscowej ma zastąpić wyrwę, jaka powstała w bazie noclegowej Beskidu Niskiego po zamknięciu podobnego obiektu w Krempnej. Pieczę nad schroniskiem sprawuje pani Maria Delimata oraz rodzina puszczyków, która uwiła sobie gniazdo pod stropem kamienicy. Gdy pani Maria kładzie się do snu, puszczyki otwierają oczy i donośnym wołaniem odstraszają potencjalnych intruzów (a już na pewno myszy i inne drobne gryzonie).
Okolice Krempnej
Po wczesnej pobudce i lekkim śniadaniu rowerzysta szybko spakuje sakwy i wyruszy w drogę do Krempnej. Poranki w Beskidzie Niskim są surowe nawet latem, dlatego szybko na termoaktywnym podkoszulku pojawia się cieplejsza wiatrówka. Unosząca się od pobliskiej Wisłoki mgła i lepki, utrudniający oddech chłód będą towarzyszyć rowerzyście przynajmniej do skrzyżowania dróg. Rześki klimat pozytywnie wpłynie na tempo jazdy i już po kilkunastu minutach oczom turysty ukaże się rozległa, pozornie niczym nieograniczona przestrzeń.
Szeroki, płaski, porośnięty bujną trawą obszar to widok raczej niecodzienny w górach, ale całkiem normalny w Beskidzie Niskim. Cechą charakterystyczną tego pasma górskiego są właśnie ‚mikropłaskowyże’ - rozległe doliny zamknięte z każdej strony górami, stanowiące oderwane od siebie, niezależne światy. Rzadka sieć dróg dodatkowo utrudnia przemieszczanie się między dolinami. Czy niewielka ilość połączeń między dolinami wynika tylko z niekorzystnego ukształtowania terenu, czy także z niechęci lokalnych mieszkańców do otwarcia się na to, co pozornie wykracza poza ich horyzont? Zresztą, czy tylko w Beskidzie Niskim występują takie mentalne mikropłaskowyże?
Wróćmy do faktów: w Beskidzie Niskim nie istnieje ani jedna droga, która umożliwiałaby przejechanie samochodem pasma ze wschodu na zachód. Za każdym razem konieczne jest wycofanie się kilkanaście kilometrów na północ, do drogi krajowej nr 28 Nowy Sącz - Gorlice - Jasło, i ponowne zagłębienie się w następną dolinę. Rowerzysta ma nieco większe pole manewru. Niestraszne mu są ani kamieniste, ani polne drogi, o czym i my w swoim czasie się przekonamy.
Cmentarz z czasów I wojny światowej
Minąwszy turystyczną Krempną wjeżdżamy póki co na równiutką drogę wojewódzką 992, która poprowadzi nas przez Kotań aż do Rozstajnego. Tuż za budynkiem dyrekcji Magurskiego Parku Narodowego warto jeszcze odbić polną drogą w lewo i podążając za znakami wspiąć się na pobliskie wzgórze. W 1915 roku pochowano tu zmarłych obu walczących w I wojnie światowej armii. „Pierś w pierś walczyliśmy, ramię w ramię zmartwychwstaniemy” głosi napis na centralnym obelisku. I wojna światowa była chyba ostatnią, w której żołnierze walczących armii okazywali sobie prawdziwy szacunek.
Chcąc trwale upamiętnić swoje zwycięstwo, monarchia Austro-Węgierska dużym wysiłkiem zbudowała kilkaset ponadnarodowych nekropolii. Wojenne cmentarze budowano na początku XX wieku według podobnego schematu. Wszystkie wkomponowane były w rzeźbę terenu, by ulokowane na wzgórzach lub ich zboczach, z daleka widoczne, dawały świadectwo rozlanej w czasie wojny krwi. Również projekt architektoniczny cmentarzy zlecono najlepszym fachowcom. Cmentarze drewniane projektował wybitny słowacki architekt Dusan Jurkovic. Te kamienne powstały według pomysłu wiedeńskiego rzeźbiarza Jansa Mayra.
Na obrzeżach Krempnej podziwiać możemy jedno z najpiękniejszych dzieł Dusana Jurkowica.
Kotań
Turysta nie lubiący zjeżdżać z raz obranej drogi będzie miał na trasie przez Beskid Niski nie lada problem. Oto każda większa wieś kryje wartą odkrycia tajemnicę. Raz jest to piękny cmentarz z czasów I wojny światowej, innym razem pozostałości po dawnej łemkowskiej osadzie, kiedy indziej olśniewająca swym pięknem cerkiew. Niemal za każdym razem warto zatrzymać się, skręcić w boczną drogę, nadłożyć nieco kilometrów i odkryć to ukryte beskidzkie piękno. Nie inaczej jest w Kotani.
Ukraińscy specjaliści od kultury łemkowskiej uznali tutejszą świątynię za najwspanialszy, idealny przykład drewnianej cerkwi łemkowskiej. Jej wierną rekonstrukcję podziwiać możemy w skansenie w okolicach Lwowa. Ci, którzy do Lwowa mają nieco za daleko, koniecznie muszą zajrzeć do Kotani, by nacieszyć oczy klasyką w oryginale. Warto zwrócić uwagę na przepiękne, kute krzyże wieńczące baniaste kopuły, idealnie kwadratowe prezbiterium i wspaniałe namiotowe dachy cerkwi. Klucze do świątynie znajdują się w najbliższym domu.
Więcej o tej i innych cerkwiach Beskidu Niskiego przeczytacie w osobnym wpisie tutaj.
Sacrum profanum
Przejeżdżając przez kolejne beskidzkie wsie nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nawet najpiękniejsze, najstarsze budowle pozostają tutaj w harmonii z nowszą zabudową. Żaden budynek nie jest faworyzowany ze względu na wiek, każdy pełni ważną funkcję użytkową. Czy to stara cerkiew, czy wiekowy cmentarz, czy murowana obora, drewniana buda, zapadnięty chlew… W tutejszym surowym świecie nie ma miejsca na marnotrawstwo, sztuczny zachwyt lub nierówne traktowanie.
Cerkiew graniczy ze stodołą. Cmentarz otaczają pola uprawne. Unikatowe chyże ciągle wypuszczają dym z kominów. Krowy wypasane na polach obok zabytkowej cerkwi niewzruszone żują trawę. Od wieków chronią się przed upałem w cieniu rzucanym przez bulwiaste kopuły. Stare miesza się z nowym. Żywe z martwym. Sacrum z profanum.
Tylko jak zdefiniować to sacrum? I kto ma to zrobić? Dlaczego przyrodzie i życiu codziennemu odmawiamy świętości? W innej kulturze to właśnie krowy są święte…
Przez Rozstajne do Nieznajowej
Czas w końcu zjechać z asfaltowej szosy. Rozstajne jest ostatnią miejscowością przy głównej drodze. Za Rozstajnem droga 922 odbija od Wisłoki, by poprowadzić podróżnego dalej na południe, w kierunku granicy ze Słowacją. My nie jesteśmy jeszcze gotowi na testowanie granicy, dlaczego trzymać się będziemy Wisłoki.
Zjeżdżamy z ulicy w prawo tuż przed mostem na Wisłoce, obok malowniczej, choć nieco zaniedbanej kapliczki. Od tego momentu droga z każdym kilometrem będzie się pogarszać, by u wrót Nieznajowej płynnie przejść w polną ścieżkę.
„Wrota Nieznajowej” to określenie chyba nieco na wyrost. Po dawniej świetnie prosperującej wsi pozostały dziś nieliczne, schowane wśród drzew ślady. Uważny obserwator z pewnością wypatrzy liczne pomniki i krzyże postawione pozornie w szczerym polu, a niegdyś oznaczające skrzyżowania dróg i końce zabudowań. Jego oczom nie umkną nawet przykryte dziś warstwą ziemi piwnice, pozostałości po stojących tutaj jeszcze kilkadziesiąt lat temu gospodarstwach. Rosnące zaskakująco gęsto zdziczałe drzewka owocowe przywołają na myśl dawne sady i ogrody.

Na jednym ze wzgórz Nieznajowej postawiono symboliczne drzwi upamiętniające tragiczne losy wysiedlonych stąd Łemków. Warto zapoznać się z tablicami informacyjnymi i przejść przez ten umowny portal do przeszłości, poznać wciąż jeszcze mało znaną historię odradzającej się po wojnie Rzeczpospolitej. Więcej na ten temat przeczytacie w osobnym wpisie.
Na rozstaju dróg
Dojeżdżając do rozstajów dróg rowerzysta staje przed trudnym wyborem. Tak droga na północ, prowadząca obok starego łemkowskiego cmentarza do Wołowca, jak i ścieżka na zachód, w kierunku Czarnego, wyglądają równie zachęcająco. Bez względu na dokonany wybór, niezbędne jest przekroczenie rzeki w bród, co po wiosennych opadach stanowić może nie lada wyzwanie. Niespieszny wędrowiec przystanąłby pewnie w cieniu pobliskiej wierzby spokojnie kontemplując możliwości. Rowerzysta z natury chce pędzić dalej i dalej, dlatego tutaj obejdzie się bez zbędnych przystanków. Chlupot wody, lekko zmoczone spodnie i buty i już jesteśmy po drugiej stronie rzeki.
Tu na cyklistę czeka kolejna niespodzianka. Oto za kolejnym zakolem, jakby na wyspie, dojrzeć można drewnianą chatkę. Ulatniający się leniwie z komina dym świadczyć może o tym, że chatka jest zamieszkała. I faktycznie- podjeżdżając bliżej dostrzec można uwijającego się przy ognisku gospodarza, natomiast nad rzeką jeden z gości myje zęby albo naczynia (albo jedno i drugie). Dotarliśmy do legendarnej już Chatki w Nieznajowej, która w okresie letnim służy za schronisko. Ciężko wyobrazić sobie lepsze miejsce na ucieczkę przez cywilizacją i kontemplacje rozgwieżdżonego jak nigdzie indziej lipcowego nieba!
W kierunku Krzywej
Dalsza droga w kierunku Krzywej jest wyjątkowo malownicza, wręcz spektakularna. Dla niektórych odcinek ten stanie się pewnie ulubionym w całym Beskidzie Niskim. Droga wielokrotnie przecina strumienie, kluczy pomiędzy wzgórzami, wymaga od rowerzysty maksymalnej koncentracji i umiejętności. Pokonując kolejne kilometry poczuć się można jak na całkowitym odludziu, jak pierwszy rowerzysta w historii tej trasy. Nie sposób zaprzeczyć, że jest to uczucie niepokojąco miłe, by nie rzec schlebiające.
Od Czarnego na drogę wraca asfalt. Wraca też nieprzeciętne nachylenie terenu. Oznacza to konieczność pokonania kolejnego solidnego podjazdu, który zrobi wrażenie na najmocniejszym mięśniu czworogłowym uda. Mordęgę w promieniach prażącego słońca wynagrodzić może tylko wyjątkowo długi, łagodny i malowniczy zjazd, który rozpoczyna się po osiągnięciu opanowanego przez olbrzymie stado krów bezdrzewnego szczytu.
Mając za punkt odniesienia majaczącą w oddali, przepiękną czarną cerkiew łatwo zapomnieć o zachowaniu należytej ostrożności na zjeździe. Tymczasem droga do Krzywej jest pokryta drobnym żwirem, kręta i niebezpieczna. Miejmy to na uwadze nawet czując pęd wiatru we włosach.
Gładyszów i Smerekowiec
To co dobre, szybko się kończy. Najczęściej wjazd na szczyt może zająć i pół godziny, a zjazd złośliwie kończy się już po 5 minutach. Ta prawidłowość frustruje mnie od początku rowerowej przygody. Z tym większą przyjemnością odnotowuję, że za Krzywą droga kontynuuje zjazd! I tak aż do Smerekowca, gdy dobrze się rozpędzić…
Może dlatego z Gładyszowa zapamiętałem niewiele? Wszechobecne reklamy noclegów i stadniny koni to jedyne, za zapisało się w moich wspomnieniach z przelotu przez Gładyszów. Wygląda na to, że nadmierny pośpiech i skoncentrowanie na drodze dotyka nie tylko kierowców samochodów.
Regetów (Regietów)
Na mapie Regietów, ale lokalnie wszyscy wymieniają Regetów. Ostatni odcinek wycieczki stanowi jego fantastyczne dopełnienie. Za Smerekowcem wąska, asfaltowa, idealnie prosta droga przez puszczę poprowadzi nas do ostatniej osady przed granicą. Miejscami ulica przypomina bardziej drogę rowerową, choć ruch na niej bywa zaskakująco intensywny.
Regetów uosabia chyba wszystko, co w Beskidzie Niskim fascynujące - dzikość, tragiczną historię, próbę powrotu do dawnej świetności, historyczne tło. Po II wojnie światowej wszystkich mieszkańców Regetowa wysiedlono w ramach akcji „Wisła”. W tamtym czasie na wieś składały się dwie osady - Regetów Wyżny i Regetów Niżny. Opustoszałe i niszczejące osady nie podzieliły jednak losu Nieznajowej - jedna z nich została powtórnie zasiedlona w czasach PRL. W Regetowie Niżnym utworzono niesławny PGR. Regetów Wyżny pozostał bezludny do dziś.
Obecnie Regetów Niżny przeżywa swoisty renesans. Funkcjonuje tu znana w całej Polsce stadnina koni huculskich, odbywają się tu także coroczne zloty motocyklistów. Mieszkańcom udało się wykorzystać piękno i czystość przyrody, lokalne uwarunkowania i przekuć je w sukces biznesowy. Wieś pomimo odludnego położenia prosperuje lepiej niż niejedno miasteczko w centralnej Polsce.
Podróż pod prąd historii
Wystarczy wyjechać za rogatki Regetowa Niżnego by przekonać się, jak cienka linia dzieli prosperity od upadku. Dodatkowy kilometr, 1000 metrów, około 1500 kroków dzieli sukces od porażki. Życie od śmierci. Regetów Wyżny nigdy nie podniósł się po akcji wysiedleńczej. Jakby osadnikom zabrakło już sił, by przejść te dodatkowe 1500 kroków i zamieszkać położone odrobinę wyżej chaty. Regetów Wyżny stał się królestwem półdzikich koni biegających po wzgórzach bez uzdy i siodła i całkiem dzikich duchów z przeszłości, których to wspomnień strzeże zabytkowa czasownia Przeniesienia Relikwii św. Mikołaja Cudotwórcy z Miry Licejskiej do Bari.
Podróż pod górę zbocza przypomina coraz bardziej podróż w czasie. Rowerzysta mija cmentarze wojenne, wspomnianą czasownię, nieliczne zabudowania. Ostatnim obiektem stworzonym ludzką ręką przed granicą jest drewniana dzwonnica. Rozpościera się stąd niezapomniany widok na przygraniczne wzgórza. Obracając się za siebie widzimy coraz liczniejsze zabudowania przekształcające się w dolinie w Regetów Niżny. Im dalej sięga wzrok, tym bardziej nowoczesne budynki rejestruje, tym nowsza historia odkrywa karty przed obserwatorem. Tak, podróżować z nurtem historii to jak jechać w dół zbocza - można zawędrować daleko samą siłą rozpędu. Podróż pod prąd wymaga znacznie więcej sił i samozaparcia.
Jeszcze 500 metrów i szczyt wzgórza. Jeszcze 500 metrów i zaczyna się Słowacja.
Szlaki rowerowe w Beskidzie Niskim
Beskid Niski zwiedzałem na rowerze z przewodnikiem „Beskid Niski dla prawdziwego turysty„. Z perspektywy czasu uważam, że rower jest najlepszym sposobem zwiedzania regionu. Szlaki rowerowe w Beskidzie Niskim pozwalają dotrzeć tam, gdzie nie wjedzie samochód, a miejsc takich w Beskidzie Niskim jest bardzo wiele. Rowerzysta ma jednocześnie dużą przewagę nad pieszymi, którzy z uwagi na duże rozproszenie ciekawych miejscowości nie są w stanie zobaczyć wszystkiego.
A tutaj zapoznać się możecie z całą ofertą wydawnictwa Rewasz: klik. Zachęcam do lektury tego moim zdaniem najlepszego wydawnictwa na polskim rynku.
Przypominam, że część pierwszą cyklu możecie prześledzić w osobnym wpisie. Nazwałem ją roboczo „Bezdroża„. Prowadzi ona najdzikszymi ostępami Beskidu Niskiego i pozwala poczuć prawdziwy czar tego tajemniczego regionu. Zapraszam do lektury tutaj.
Więcej tekstów o Polsce, pogrupowanych według regionów: Polska okiem Miszy: góry, szlaki i mniej znane zakątki.


