Szlak piastowski (rowerem z Krakowa nad morze cz.2). Alternatywna trasa rowerowa.
Wpis jest kontynuacją cyklu „Rowerem z Krakowa nad morze”. Przeczytacie tu drugą część relacji z podróży - fragment prowadzący drogą Wieluń - Kalisz i przejazd rowerem przez Szlak Piastowski. Przed rozpoczęciem lektury, gorąco zachęcam do zapoznania się z częścią pierwszą opublikowaną TUTAJ.
Rowerem z Krakowa nad morze
Podejmując wyzwanie przejechania rowerem z Krakowa do Gdańska postanowiłem wytyczyć własny szlak. Tam, gdzie to możliwe, korzystałem z istniejących ścieżek rowerowych. W przypadku braku ścieżek rowerowych, trasę prowadziłem drogami powiatowymi, rzadziej wojewódzkimi, unikając dużego natężenia ruchu samochodowego. W końcu szlak poprowadziłem odrobinę „na około”, by zahaczyć o najatrakcyjniejsze rejony Polski mijane na trasie.
Opowieść podzieliłem na trzy części.
- Część pierwsza, kończąca się w pod Wieluniem, prowadzi przez Jurę Krakowsko-Częstochowską i Załęczański Park Krajobrazowy. Podczas wycieczki zwiedzamy miejsca i zabytki o dużej wartości historycznej i kulturowej osadzone w krajobrazie jurajskim, zdominowanym przez wapienie, mocno pagórkowatym.
- Część druga to przejazd Szlakiem Piastowskim, śladami najstarszych polskich miast i miasteczek. W części drugiej postaram się także udowodnić, że polska prowincja jest zagadkowa, niejednoznaczna i arcyciekawa.
- Część trzecia to już wjazd na Kaszuby, Krajnę i Bory Tucholskie, by wycieczkę zakończyć na Pomorzu. Tu nacisk kładę przede wszystkim na piękno przyrody.
Zapraszam do wspólnej wycieczki!
Dzień 3: przez Wieluń do Kalisza - czyli prowincja też jest arcyciekawa (95 km)
Po wczorajszych emocjach związanych z eksplorowaniem półdzikich jaskiń nad Wartą czas trochę odpocząć. Dzień trzeci wycieczki rowerem z Krakowa nad morze prowadzić będzie przez Wysoczyznę Kaliską, bocznymi drogami, przez polską prowincję. Zwiększona czujność zaowocuje odkryciem niejednej perełki…
Początek gdzieś na drodze krajowej 43, która licznymi wzniesieniami prowadzi w kierunku Wielunia. Do miasta wjechać warto z samego rana, gdy dopiero budzi się ono do życia. Wiosenne słońce przedziera się przez chmury, powietrze jest rześkie, ludzie chętnie wychodzą z domów zrobić poranne zakupy. Najlepszym miejscem do obserwacji budzącego się miasta będzie ławka w okolicy cukierni na wieluńskim rynku.
Wieluń to miasto, które zapisało się tragicznie na kartach historii Polski. To tutaj spadły pierwsze bomby II wojny światowej, to zaczęła się okrutna rzeź cywilów. Wieluń był jednym z najbardziej zniszczonych w czasie wojny miast Polski. Pamięć tamtych wydarzeń jest w Wieluniu widoczna na każdym kroku.
Lututów, Czajki, Muchy, Kiełbasy, Hipolity…
Na północ od Wielunia na pierwszy rzut oka ciekawe są tylko nazwy. Zajączki Bankowe, Kiełbasy czy Muchy wywołują uśmiech jeszcze przed poznaniem zawartości. I jak to zwykle bywa, osądzanie po okładce bywa całkowicie mylące. Wjeżdżamy na Trakt Wieluń- Kalisz, kierując się na Raczyn.
Już 3 kilometry za Wieluniem przydrożny znak informuje nas, że jesteśmy na szlaku architektury drewnianej. Strzałka zachęca do odbicia w lewo, w kierunku kościoła pw. św. Tekli. W takich momentach ciekawość zwycięża nad dyscypliną i bólem mięśni. Nieoczekiwane odkrycia są szczególnie miłe i mocno zapadają w pamięć. Nie inaczej jest w Raczynie, gdzie schowany przed oczyma ciekawskich stoi wyjątkowej urody drewniany kościółek pw. św. Tekli. Kościół pochodzi najprawdopodobniej z XVIII wieku, a historia samej parafii sięga wieku XV. Niedawno kościół przeszedł prace remontowe, czego dowiedzieć się możemy ze strony parafii.
Poza urodą kościoła podziw budzi regularnie aktualizowana strona parafii. Chciałoby się, żeby wszystkie mniejsze i dumne miejscowości tak odważnie i aktywnie obwieszczały światu swoje istnienie. Z mojej strony gratulacje!
Łagiewniki i Lututów
Kościół pw. św. Tekli to nie wszystko, co ciekawego znajdziemy w parafii Raczyn. Położona w tej samej parafii wieś Łagiewniki poszczycić się może jeszcze starszym, bo pochodzącym z 1625 roku kościołem św. Jana Chrzciciela. Szkoda tylko, że zarówno kościół w Raczynie, jak i ten w Łagiewnikach zamknięte są na kłódkę bez informacji, kogo prosić można o otwarcie kościoła. Piękno tych obiektów podziwiać można tylko z zewnątrz.
I tu apel do wszystkich opiekunów zabytkowych budynków, które z różnych względów nie mogą mieć regularnych godzin otwarcia. Umieszczajcie proszę informację, czy i kiedy możliwe jest zwiedzanie indywidualne, kogo trzeba poprosić o klucz. Rozwiązanie takie sprawdza się dobrze choćby w przypadku cerkwi w Beskidzie Niskim.
Dalsza droga na Opatówek prowadzi przez obszary zalesione i słabo zurbanizowane. Szczekające w obejściach psy i nieustający wiatr są jedynymi towarzyszami rowerzysty aż do wsi Lututów. Po drodze jeszcze kilkukrotnie strzałka zachęca do zboczenia z trasy i eksplorowania okolicy w poszukiwaniu pereł architektury drewnianej. Dla wielbicieli takich klimatów weekend w okolicach Wielunia wydaje się znakomitym pomysłem na wycieczkę.
Mała Hiszpania
Lututów także zadziwia. Zadziwia kościołem zbudowanym w stylu neoromańsko-mauretańskim. To jedyny taki kościół w Polsce, co już powinno rozbudzić ciekawość poszukiwaczy nieoczywistości polskiej prowincji. Skąd taki styl właśnie w Lututowie? Odpowiedzi na to pytanie poszukać musimy w czasie zaborów, a także w świecie kultury arabskiej. Chcąc utrudnić budowę świątyni w Lututowie, ówczesny gubernator Kalisza narzucił skomplikowany styl i niespotykaną wielkość kościoła. Był przekonany, że na bagnistym terenie tego rodzaju świątynia po prostu nie ma prawa powstać.
Miejscowa ludność, która do bogatych nie należała, postanowiła wybudować kościół w czynie społecznym. Przy budowie pracowały całe rodziny, nosząc cegły na plecach, pomagając jak tylko się da. Budynek powstawał siedem lat, ale udało się! Rozwiązania zastosowane w Lututowie zobaczyć można jeszcze tylko w Hiszpanii.
W 2012 brak profesjonalizmu budowniczych kościoła miał swoje tragiczne konsekwencje - zawalił się fronton kościoła. Dokładne badania pokazały, że budowla jest w kiepskim stanie. Część rozwiązań budzi uśmiech, część grozę. Do wiązania cegieł użyto zaprawy robionej z jaj. Stop wysypano patyczkami, które miały spełniać rolę izolacji. Te tymczasowe rozwiązania są obecnie zastępowane zgodnie z najnowszą wiedzą budowlaną. Prac nie ułatwia jednak brak oryginalnych planów budowy.
Warto nadmienić, że kościół jest otwarty dla zwiedzających i wiernych. Cieszy, że świątynia mająca w zamyśle gromadzić wiernych nie zamyka bram także w dzień powszedni. O historii Lututowa poczytać możecie więcej tutaj, zdecydowanie warto.
Brzeziny
Za Lututowem przygotujmy się na długą i wymagającą drogę przez las aż do miasta Brzeziny. Brak zakrętów, brak wsi, brak zabudowań powoduje, że rowerzysta ma wrażenie jechania po autostradzie, otoczony drzewami niczym dźwiękoszczelnymi ekranami osłabiającymi koncentrację i powodującymi znużenie. Czy to dlatego nieliczne auta mijające rowerzystę na trasie pędzą ponad 100 km/h, nie zwalniając podczas mijania ani o kilometr?
Brzeziny korzystają z położenia przy drodze wojewódzkiej 449. Tutaj, po długim czasie, możemy uzupełnić zapasy, odpocząć na ławce i pod znakomitym pretekstem pytania o drogę odezwać się wreszcie do drugiego człowieka.
Dalsza droga w kierunku Kalisza prowadzić będzie przez Opatówek. Drogi nadkładamy oczywiście celowo, o czym przeczytacie już za chwilę. Chcąc zjechać na Opatówek, porzucamy ulice Kaliską, odbijamy drogą 449 na Sieradz, by po niespełna kilometrze skręcić w lewo na Zajączki. Trasa do Opatówka przypomina do złudzenia fragment Lututów - Brzeziny: prosta, długa droga przez lasy, z nielicznymi zabudowaniami. Odcinek Brzeziny - Opatówek upodobali sobie także kolarze szosowi zawzięcie trenujący czasówki. W miarę zbliżania się do celu, krajobraz staje się bardziej pofałdowany, drzewa ustępują miejsca domostwom. Droga prowadzi uparcie w górę, co przy północnym wietrze w twarz może bardzo spowolnić tempo jazdy.
Dopiero ostatni fragment tuż przed Opatówkiem to przyjemny, stromy zjazd w dół.
Pałac w Tłokini Kościelnej
Mając określony cel wyprawy nie da się zobaczyć po drodze wszystkiego. Wybór określonych miejsc i atrakcji zazwyczaj odbywa się jakimś kosztem. I tak Opatówek, mimo niezaprzeczalnych zalet, ustąpić musi pola Tłokini Kościelnej. Przez Opatówek tylko przejedziemy pędząc w kierunku jednego z najpiękniejszych pałaców stojących na polskich ziemiach.
Mijając kolejne wsie za Opatówkiem nic nie wskazuje, by nagle przed rowerzystą wyrosnąć miał imponujących rozmiarów pałac. Senne uliczki, jednopiętrowe domki, zabudowania fabryczne, supermarket - klasyka polskiej prowincji. Bez wcześniejszej wiedzy o okolicy przeoczenie jednego z najciekawszych obiektów w okolicach Kalisza jest prawie pewne. Tylko upór i odpowiednie planowanie pozwolą w tym przypadku na sukces.
Zabudowania urywają się nagle, ustępując miejsca żelaznemu płotowi otaczającemu zadbany ogród. Do pałacu prowadzi oryginalna brama wjazdowa, za którą ciągnie się przepiękna aleja grabowa, po prawej stronie utrzymano mały staw z wysepką i altanką. Jeszcze niedawno pałac znajdował się w ruinie, dziś przed wejściem co chwilę zatrzymują się nowe luksusowe samochody. Po przejęciu budynku przez prywatnego właściciela rozpoczęły się prace renowacyjne, zakończone otwarciem hotelu i restauracji.
Pomimo chłodu nie potrafię odmówić sobie chwili refleksji na ławce na dziedzińcu. Historia pałacu w Tłokini Kościelnej może inspirować - od ruiny do prężnie działającego przedsiębiorstwa. Czy nie powinniśmy bardziej zachęcać inwestorów prywatnych do inwestowania w zabytki? Czy poza funkcją historyczną i kulturową, mogą one pełnić funkcje komercyjne? Jak wyznaczyć maksymalny zakres ingerencji inwestora w budynek?
Kalisz jak Wenecja
Punkt docelowy tego etapu wycieczki położony jest tylko kilka kilometrów od Tłokini Kościelnej, droga z Tłokini prowadzi cały czas przyjemnie w dół. Mówią, że Kalisz jest najstarszym polskim miastem, co nie do końca jest prawdą. Mi Kalisz kojarzył się z Wenecją, co pewnie też niezupełnie odpowiada rzeczywistości, zwłaszcza że w Wenecji nigdy nie byłem. Faktem jest, że rzeka Prosna na terenie miasta Kalisza rozgałęzia się tworząc trzy odnogi. Oprócz głównego koryta rzeki przez miasto poprowadzono jeszcze dwa kanały: Bernardyński oraz Rypinkowski. Ten specyficzny trójząb oplata Kalisz, zamykając w sobie starówkę i Park Miejski.
Zazwyczaj to właśnie starówka miasta jest miejscem, które turysta chce zobaczyć możliwie jak najszybciej. Tymczasem okrywanie Kalisza warto zacząć od spaceru Wałem Staromiejskim wzdłuż Kanału Rypinkowskiego, powoli zbliżając się do kaliskiego Rynku. Późnym popołudniem ruch skupia się w okolicach Rynku, ścieżki poprowadzone wzdłuż wałów są przyjemnie puste. Zachodzące już słońce oświetla podniszczone kamienice ciepłym światłem, jakby chcąc wziąć na siebie część ciężaru renowacji i upiększania miasta. Gdzieś w oddali z okien dobiega klasyk: „Time to say goodbye” w wykonaniu Andrei Bocelliego.
Sceneria sprzyja powolnemu spacerowi, Kalisz z perspektywy wałów wygląda na miasto nieskażone masową turystyką, autentyczne, trochę senne i zapatrzone w przeszłość. Podobny nastrój utrzyma się, jeśli na skrzyżowaniu ulicy Wodnej i Babina zdecydujemy się wejść na kaliskie Planty. Planty w Kaliszu okrążają Stare Miasto płynnie przechodząc w Park Miejski. Biegacze, spacerowicze, rolkarze i rowerzyści opanowali ten rejon miasta i nie zamierzają go oddawać turystom.
Uważany za najpiękniejszy polski ogród publiczny w XIX wieku, Park Miejski do dziś fascynuje układem przestrzennym, licznymi przerzuconymi nad rzeką mostkami, zaskakującymi rozmiarami i bezpretensjonalną atmosferą. Obejście całego parku, wszystkich jego alejek wymaga kilkugodzinnego spaceru. Będąc wciąż w dużym mieście, przenosimy się tu do innej, zielonej rzeczywistości. Leśne alejki, jeziorka, stawy, strumienie pozwalają zapomnieć o hałasach miasta na tyle skutecznie, że na dotarcie do starówki za dnia nie starczy już czasu…
Dzień 4: Szlak Piastowski (111 km)
Przed wyruszeniem w drogę próbowałem skontaktować się z wieloma organizacjami i stowarzyszeniami, które mogłyby pomóc w zaplanowaniu trasy, wskazać ciekawe miejsca, pomóc w rezerwacji noclegu, nakierować na restaurację. Zakładam, że lokalne organizacje są najlepszym źródłem wiedzy o mało znanych perełkach, ukrytych poza głównymi szlakami atrakcjach.
Zdecydowanie najlepszą i najbardziej wyczerpującą odpowiedź uzyskałem od organizacji Szlak Piastowski, która pomogła mi w zaplanowaniu czwartego dnia wyprawy rowerem z Krakowa nad morze. Dziękuję! Ten odcinek trasy pokonamy wspólnie.
W trasę lepiej wyruszyć wczesnym rankiem, żeby bez niepotrzebnego pośpiechu zdążyć zahaczyć o wszystkie opisywane miejsca. Sama długość trasy też jest dziś większa niż przeciętna. Jako usprawiedliwienie zaznaczam, że zdecydowana większość szlaku prowadzi przez tereny płaskie, po równych drogach, gdzie jedynym poważnym przeciwnikiem może być wiejący w twarz wiatr.
Pałac w Gołuchowie
Pierwszy odcinek trasy jest mało przyjemny. Wyjeżdżamy z Kalisza drogą krajową 12 w kierunku Gołuchowa. Droga jest ruchliwa a pobocze wąskie, więc im wcześniej wyjedziemy i im szybciej osiągniemy rondo w ciągu ulicy Jana Pawła II, tym lepiej. Na rondzie podążamy za znakami kierującymi na zamek w Gołuchowie. Jeszcze tylko kilkaset metrów i oczom rowerzysty ukaże się przestronny dziedziniec, hotel muzealny i zabudowania przyzamkowe.
Początkowo budowa zamku inspirowana była zamkami królewskimi znad Loary we Francji, jednak kolejne przebudowy nadały jej bardziej romantycznego niż renesansowego charakteru. I tak zamek charakteryzuje się strzelistymi wieżami, stromym dachem, smukłymi kominami nadającemu budowli lekkiego wyglądu. Ściany zamkowe oficyny zamku obrośnięte są bluszczem. Budowla jest centralnym punktem parku w stylu angielskim, parku pełnego dynamiki, krętych alejek, stawów, mostków, ogrodów, winiarni…
Jeśli pogoda nie dopisuje, wyjątkowo nie ma się czym martwić. Hulający w krużgankach wiatr, ciężkie burzowe chmury unoszące się nad zamkiem, przenikliwe zimno tworzą niepowtarzalny, trochę mroczny, tajemniczy i z pewnością romantyczny nastrój. Wystarczy tylko zamknąć oczy by wyobrazić sobie, jak w komnatach spacerują jego dawni mieszkańcy, złożeni dziś w przyzamkowej krypcie. Jeśli na niebie świeci słońce, też nie ma powodów do narzekania. Otaczający zamek przepiękny park zachęca do spacerów, a pogodne niebo może tylko tą decyzję przyspieszyć.
Zamek w Gołuchowie jest atrakcją, na której zwiedzanie spokojnie można przeznaczyć cały dzień. Pędzący nad morze rowerzysta może nie mieć aż tyle czasu. Krótki spacer po parku kończy się ponownym wskoczeniem na rower. Na mijanym wcześniej rondzie wybieramy drogę na Jedlec i Tursko, by po kilku kilometrach wjechać na drogę wojewódzką 442, którą dojedziemy aż do Wrześni.
Gotowi na prawdziwą tajemnicę? Ostatnia strona wpisu na pewno Was zaskoczy:
Tajemniczy Chocz
Drogę 442 trudno nazwać przesadnie malowniczą. Prowadząca po płaskim, w większości odkrytym terenie szosa usypia uwagę rowerzysty, nie oferując ani spektakularnych widoków, ani architektonicznych perełek na swoim pierwszym odcinku. Tym większym i przyjemniejszym zaskoczeniem jest położone w połowie drogi do Pyzdr miasteczko Chocz.
Chocz to miasto, które bardzo niechętnie odsłania swe tajemnice przyjezdnym. Już na samym wjeździe do miasta łatwo dać się zwieść i przeoczyć niepozorną ulicę Żeromskiego prowadzącą do kolegiaty i pałacu infułatów. Tam, gdzie główna droga odbija ostro w prawo, należy pojechać prosto, ciemną i raczej obskurną ulicą wijącą się wśród zapuszczonych jednopiętrowych kamienic.
Tajemniczy ogród
Minuta jazdy pełna wybojów drogą i po lewej stronie dostrzec można majaczący wśród drzew ogród, a za nim przepiękny barokowy kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Poszukiwania wejścia do ogrodu nie przynoszą rezultatów - zarówno ogród, jak i kościół zamknięte są dla zwiedzających. Do kościoła przylega zrujnowany pałac, podobnie jak kościół odgrodzony od turystów wysokim płotem i bramą zabezpieczoną solidną kłódką.
Próby spojrzenia między kratami, odczytania jakiejkolwiek informacji o oglądanych obiektach wzbudzają czujność pracujących w kościele robotników. Niechętnym wzrokiem taksują coraz bardziej zmieszanego turystę, który zaczyna się czuć winny niemal świętokradztwa. Rowerzysta jak niepyszny wycofuje się na główną drogę, nie mogąc pozbyć się z pamięci widoku otoczonego wysokim płotem kościoła.
Dopiero po powrocie do domu sytuacja nieco się rozjaśnia. Przepływająca opodal rzeka Prosna, która od Kalisza towarzyszy nam w rowerowej podróży, podmyła fundamenty kościoła. Budynek grozi zawaleniem, trwają prace ukierunkowane na przywrócenie świątyni wiernym. Los sąsiadującego z kościołem pałacu pozostaje tajemnicą.
Rynek w Choczu
Powrót na główną drogę oznacza przejazd przez nienaturalnie długi, prostokątny rynek w Choczu. Jest to miejsce, które autentycznie skupia życie społeczne miasteczka. Jeden z rogów zajęty jest przez kramy, z których kupić można warzywa, majtki i zabawki z plastiku. Na dłuższej ścianie rynku znajdziemy supermarket, fryzjera i bankomat. Po przeciwnej stronie, na prowizorycznym parkingu, zaparkowany autobus PKS czeka sennie na godzinę odjazdu.
Kompozycji dopełnia szalet publiczny, który otwarty pomimo święta zaznacza koniec alejki spacerowej zorganizowanej pośrodku rynku. W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć i nie zrozumieć, że historyczny układ urbanistyczny miasta zakwalifikowany jest do zabytków chronionych przez prawo.
Ziemia pyzdrska
Opuszczając Chocz jedziemy dalej drogą wojewódzką 422. Droga rowerem z Krakowa nad morze prowadzi wciąż szlakiem piastowskim łączącym Kalisz, Gniezno, a dalej Żnin i Biskupin. Będąc najkrótszym połączeniem pomiędzy Kaliszem i Gnieznem, droga jest niestety dość ruchliwa, natężenie ruchu wzmaga się w miarę zbliżania się do Wrześni. Zanim jednak osiągniemy Wrześnię, po drodze koniecznie zahaczyć trzeba o jedno z najstarszych miast w Wielkopolsce - Pyzdry.
Pyzdry najładniej wyglądają z dużej odległości. Panorama miasta od południa, od strony rzeki Warty rozbudza duże nadzieje związane ze zwiedzaniem miasta. Jak to zwykle bywa z rozbudzonymi nadziejami, nie wytrzymują one zderzenia z rzeczywistością. Pyzdry okazują się być miastem ładnym „z okładki”, świetność mając dawno za sobą. Wjeżdżając na olbrzymi Rynek w oczy rzucają się przepiękne stare domy z XVIII i XIX wieku, majestatyczna sylwetka kościoła farnego w oddali i… pustka.
Rynek w Pyzdrach w pochmurny majowy długi weekend wygląda na opustoszały. Restauracje, bary, nawet muzeum ziemi pyzdrskiej i kościół farny są zamknięte na głucho. Na rowerzystę nie czeka żaden znak, tablica, informacja turystyczna. Jeśli nie teraz, to kiedy? Pytanie o otwartą restaurację gromadzi mieszkańców Pyzdr na wspólnej debacie. „Kiedyś było otwarte”. „Bo kiedyś…”. „Dawniej…”. „Pamiętasz Staszek jak…” Rowerzyście pozostanie chyba tylko oglądanie okładki.
Trasa alternatywna - Nadwarciański Park Krajobrazowy
Ci, którzy czują się na siłach lub szukają ucieczki przed cywilizacją, w Pyzdrach zostaną zapewne nieco dłużej. Okolice Pyzdr zwiedzać można na rowerze, pieszo lub kajakiem, ciesząc się ciszą i brakiem ruchu turystycznego. Koordynator Szlaku Piastowskiego poleca przede wszystkim przejazd wzdłuż Parku Krajobrazowego Doliny Warty do Lądu nad Wartą gdzie znajduje się piękne opactwo pocysterskie. W Lądzie można odstawić rowery i przesiąść się na kajaki. Do Pyzdr dopływamy kajakiem i wracamy do Lądu po jednoślady.
Przez Wrześnię do Gniezna
Odcinki Pyzdry - Września oraz Września - Gniezno mają chyba optymalną z punktu widzenia rowerzysty odległość około 25 kilometrów. Takie odcinki nie zniechęcają długością, pozwalając zwizualizować sobie następny postój za następną godzinę - półtorej. 25 kilometrów to również nie jest zbyt mało, rowerzysta może złapać właściwy rytm pedałowania nie będąc rozpraszanym przez kolejne przystanki.
Zmęczony cyklista do Wrześni wpada po niespełna godzinie. W głowie ma przede wszystkim obiad, pedałowanie od rana budzi zdrowy, silny głód. Ten rodzaj głodu w pewnym sensie da się lubić. Wyostrza zmysły, poprawia apetyt, przyciąga myśli ku sprawom czasem zbyt oczywistym, by przebiły się do świadomości. Ile razy pochłonięci ważniejszymi sprawami, z oczami wpatrzonymi w ekran smartfona, obiad przełykami bezwiednie, nawet nie wiedząc co mamy na talerzu? Ile razy obiad opuszczamy w imię pilniejszych spraw? Szczęśliwie we Wrześni obiad rowerzysty nie ominie - lokalna pierogarnia serwuje fantastyczne pieczone pierogi…
Września to także miasto licznych zabytków, które zbyt często musi ustąpić miejsca pobliskiemu Gnieznu. Zachęcam do wczytania się w historię miasta i poświęcenia kilku godzin na zwiedzenie miasta. Może się okazać, że to „brzydkie kaczątko” zachwyci nas nie mniej niż pierwsza stolica Polski.
A Gniezno? Dotrzeć tam można drogą krajową 15. Jest to wybór dobry i zły zarazem. Dobry, bo trasa jest krótka i dobrze utrzymana. Zły, bo ruch samochodowy jest wręcz przytłaczający… Zmęczony jazdą między ciężarówkami i pędzącymi osobówkami, zapachem spalin i padającym lekko deszczem, zwiedzanie Gniezna przesuwam na kolejny dzień. Szlak Piastowski jeszcze się nie skończył.
Rowerem z Krakowa do Gdańska
Wpis stanowi drugą część cyklu „Rowerem z Krakowa nad morze”. Podzielony na trzy części cykl ma na celu wyznaczenie nowej, alternatywnej trasy rowerowej z Krakowa nad Morze Bałtyckie. Część pierwszą podróży, przejazd przez Jurę Krakowsko - Częstochowską i Załęczański Park Krajobrazowy znajdziecie TUTAJ. Dalszy ciąg wycieczki, przejazd z Gniezna przez Kaszuby aż do Gdańska, dostępny jest TUTAJ. Zachęcam bo warto!
Podziękowania dla @Radka za wychwycenie błędu w opisie miejscowości Brzeziny.
Więcej tekstów o Polsce, pogrupowanych według regionów: Polska okiem Miszy: góry, szlaki i mniej znane zakątki.