Kaszubska marszruta (rowerem z Krakowa nad morze cz.3) - opis trasy.

Wpis jest kontynuacją cyklu „Rowerem z Krakowa nad morze”. Przeczytacie tu trzecią, ostatnią część relacji z rowerowej podróży od Gniezna, przez Kaszuby aż do Gdańska. Zatytułowałem ją „Kaszubska Marszruta”. Przed rozpoczęciem lektury, gorąco zachęcam do zapoznania się z częścią pierwszą opublikowaną TUTAJ: CZEŚĆ PIERWSZA, oraz częścią drugą dostępną TUTAJ: CZEŚĆ DRUGA.

Rowerem z Krakowa nad morze

Podejmując wyzwanie przejechania rowerem z Krakowa do Gdańska postanowiłem wytyczyć własny szlak. Tam, gdzie to możliwe, korzystałem z istniejących ścieżek rowerowych. W przypadku braku ścieżek rowerowych, trasę prowadziłem drogami powiatowymi, rzadziej wojewódzkimi, unikając dużego natężenia ruchu samochodowego. W końcu szlak poprowadziłem odrobinę „na około”, by zahaczyć o najatrakcyjniejsze rejony Polski mijane na trasie.

Opowieść podzieliłem na trzy części.

  • Część pierwsza, kończąca się w pod Wieluniem, prowadzi przez Jurę Krakowsko-Częstochowską i Załęczański Park Krajobrazowy. Podczas wycieczki zwiedzamy miejsca i zabytki o dużej wartości historycznej i kulturowej osadzone w krajobrazie jurajskim, zdominowanym przez wapienie, mocno pagórkowatym.
  • Część druga to przejazd Szlakiem Piastowskim, śladami najstarszych polskich miast i miasteczek. W części drugiej postaram się także udowodnić, że polska prowincja jest zagadkowa, niejednoznaczna i arcyciekawa.
  • Część trzecia (Kaszubska Marszruta) to już wjazd na Kaszuby, Krajnę i Bory Tucholskie, by wycieczkę zakończyć na Pomorzu. Tu nacisk kładę przede wszystkim na piękno przyrody. Zapraszam do wspólnej wycieczki!

Dzień 5: Krajna (107 km)

Czwarty dzień podróży zakończył się późnym przyjazdem do Gniezna. Będąc w pierwszej stolicy Polski trudno odmówić sobie choćby krótkiego spaceru śladami Piastów. Krajna musi jeszcze poczekać!

Gniezno

Gniezno tego majowego poranka będzie miało dwóch bohaterów. Pierwszym jest król Bolesław I Chrobry, spoglądający z wysokości czterometrowego cokołu na przechodniów. Pomnik króla stoi niemal u drzwi bazyliki prymasowskiej, na Wzgórzu Lecha. W bazylice kończy się msza, wokół łopoczą biało-czerwone flagi - w końcu to weekend majowy. Dźwięk dzwonów ogłasza koniec nabożeństwa. Ludzie wysypują się z bazyliki i w podniosłym nastroju dumnie przechadzają się po dziedzińcu. Kulturalne rozmowy, uśmiechy, łagodne gesty, spokojne spojrzenia. Polskość dumna, radosna i odświętna.

Chcąc poznać drugiego bohatera, musimy wyprzedzić wychodzących z kościoła wiernych i przejechać ulicą Tumską do gnieźnieńskiego rynku. Rynek o poranku jest jeszcze ospały, osowiały, jakby nie mogąc dobudzić się po nocnej zabawie. Kilka gołębi przysiadło na brzegu fontanny, nieliczni przechodnie chyba speszeni pustką szybko uciekają w boczne uliczki. Także tu fasady kamienic zdobią biało-czerwone flagi.

Dopiero po dłuższej chwili oko obserwatora wyłowi jeszcze jednego bohatera tej porannej sceny. Oto po drugiej stronie fontanny, schowany za stadem gołębi człowiek rozłożył swój dobytek na ziemi i obnażony do pasa, niepomny na biało-czerwone flagi, majowe święto i groźny wzrok Bolesława Chrobrego dokonuje gruntownego obmycia. Człowiek ten wydaje się być niewidoczny dla uśmiechniętych wiernych, pewnie zbyt zajętych rozmową by zauważyć jego biedę.

Rzeczywistość Polski dumnej, odświętnej i ta Polski bezdomnej, biednej i upokorzonej, najwidoczniej się nie przenikają.

Na północ

Wyjazd z Gniezna na północ może być dla rowerzysty nieco problematyczny. Najbardziej oczywista droga, prowadząca przez atrakcyjne turystycznie Gniezno i Żnin to trasa ekspresowa S5, niedostępna dla rowerów. Turysta podążający na północ wybierze raczej ulicę Powstańców Wielkopolskich, która przez Zdziechową, Ośno i Gącz prowadzi do Janowca Wielkopolskiego.

Kolejne kilometry drogi ciągną się leniwie na północ. Po obu stronach szosy widać płaskie, rozległe pola uprawne. Brak zabudowań, znikomy ruch drogowy i odkryta przestrzeń sprzyjają ptakom drapieżnym, które z głośnym krzykiem co chwilę przelatują nad głową cyklisty. Pustułka, jastrząb, myszołów, może bielik?… To, co w dużym mieście urasta do rangi symbolu i wydarzenia, tutaj stanowi naturalny element krajobrazu, nieodłączną część ekosystemu. Obserwując dostojne ptaki nad polami na obrzeżach Gniezna łatwiej wyobrazić sobie i zrozumieć, w jaki sposób biały orzeł stał się symbolem państwa polskiego.

Ośno

Im dalej od Gniezna, tym bardziej ruch samochodowy słabnie, by w okolicach Ośna zamrzeć zupełnie. Kolejne budynki są jakby uproszczoną wersją tego, co zobaczyć można w mieście. Hipermarkety zmieniają się w supermarkety, potem w pawilony, sklepy, kioski, budki, kramy… Za budynek straży pożarnej wystarczyć musi częściowo murowana, częściowo zbita z drewnianych desek szopa. Kolorowe billboardy ustępują miejsca płóciennym szmatom. Świat zmienia skalę, staje się wyraźnie mniejszy, wolniejszy, łatwiejszy do objęcia wzrokiem. I chyba bardziej realny.

W jakiej intencji jedziesz?

Wieś Wapno położona jest w połowie drogi między Nakłem a Gnieznem. To doskonałe miejsce na uzupełnienie zapasów i chwilę odpoczynku w lokalnym sklepie. Nietypowo ubrany, spocony rowerzysta szybko budzi zainteresowanie sprzedawczyni i reszty klientów. Skąd? Dokąd? Trasa wyprawy przyjęta zostaje z niedowierzaniem.

Jeszcze większą ciekawość budzi intencja, powód całego wyjazdu. Dla małej społeczności zgromadzonej w sklepie wysiłek włożony w pokonanie 800 kilometrów rowerem po prostu musi mieć swoją cenę. Jedziesz w intencji czyjegoś uzdrowienia? Walczysz z nałogiem? Prosisz o nawrócenie? 800 kilometrów rowerem to najwyraźniej godziwa zapłata za najtrudniejsze zadania.

Sklep opuszczam z mieszanymi uczuciami. Czy mój wysiłek nie idzie przypadkiem na marne? Czy jadąc tak po prostu i bez intencji nie trwonię bezproduktywnie czasu i sił? Czy chęć sprawdzenia się, zrealizowania marzenia nie jest aby wytłumaczeniem paskudnie egoistycznym?

Kcynia

Zanim opuścimy Wielkopolskę, czas wspiąć się na jedno z najwyższych w tym rejonie Polski wzniesień. Wzgórze morenowe o wysokości 136 m n.p.m. widoczne jest już z oddali. Mięśnie rowerzysty odwykłe od pokonywania wzniesień zostają przyjemnie pobudzone do wysiłku. Podjazd po górę jest zaskakująco stromy, choć krótki. Jeszcze kilka mocniejszych naciśnięć na pedały i wjeżdżamy na zatłoczony, gwarny i radosny rynek miejski.

Położone na wzgórzu miasto Kcynia zapadnie rowerzyście w pamięć nie tylko ze względu na stromy podjazd do centrum oraz tajemniczą, do dziś niewyjaśnioną nazwę. Co roku 3 maja w Kcyni odbywa się odpust. Tłumy, jakich miasto nie widzi cały rok, gromadzą się na kcyńskim rynku. Płyty CD, bluzki, spodnie, majtki, biustonosze, firanki, plastikowe pistolety powiewają na wietrze u wrót kościoła pw. Najświętszej Maryi Panny. Śpiew kościelnego chóru podawany przez megafony miesza się na dziedzińcu ze skocznymi rytmami disco-polo dobiegającymi z głośników handlarzy. Wieczne zbawienie czy wieczna zabawa? 3 maja w Kcyni wszystko jest możliwe.

Droga wojewódzka 241

Droga wojewódzka 241 zaprowadzi nas z Kcyni aż do samego Więcborka. Rzadko droga wojewódzka jest bohaterką osobnego rozdziału opowieści. W tym przypadku nie ma innego wyjścia. Za Kcynią krajobraz robi się dość monotonny - ot, uroki podróżowania przez nizinną część kraju. Bardziej niż na mijane miejscowości, rowerzysta skupia się więc na samej drodze. Niestety, ruch samochodowy na drodze 241 jest spory, kierowcy pędzą wykorzystując długie proste odcinki. Auta rzadko zwalniają koło rowerzysty, nie ma też pobocza, na które można by bezpiecznie uciec przed samochodami.

Wyzwaniem staje się zatem utrzymanie stałego tempa i toru jazdy możliwie bliskiego linii bocznej drogi. Wielka szkoda, że włodarze powiatu nakielskiego nie pomyśleli o rozbudowie infrastruktury rowerowej. Wydawać się może, że równy, płaski i słabo zaludniony obszar stanowi idealne miejsce pod inwestycje w ścieżki rowerowe.

blog podróżniczy rowerem
Rowerzysta też turysta!

Ciężko zrozumieć, dlaczego rowerzyści w wielu rejonach polski traktowani są jak intruzi, a nie jak turyści. Uważam, że poprawa infrastruktury (w tym rowerowej) napędza ruch turystyczny, przyczyniając się do rozwoju regionu. Bez inwestycji, sytuacja raczej nie ulegnie poprawie, turystów nie przybędzie - błędne koło się zamyka. Więcej na ten temat pisałem w osobnym wpisie: wpływ szlaków turystycznych na rozwój regionu.

Za Nakłem, które z punktu widzenia turysty rowerowego jest przeciętnie interesujące, sytuacja poprawia się tylko nieznacznie. Najlepszym dowodem braku świadomości lokalnych władz w temacie rozwoju infrastruktury rowerowej jest „ścieżka rowerowa” w gminie Mrocza:

Zapraszam! 🙂

Krajna i Więcbork (Krajeński Park Krajobrazowy)

Krajna to jedna z najmniejszych krain historycznych w Polsce. Tradycyjnie położona „z kraja”, na uboczu (stąd nazwa), od początku związana była z tworzeniem się państwa polskiego. Znajdując się na rubieżach Polski ulegała silnym wpływom sąsiadów. Krajna wykształciła swoją kulturę i gwarę - dla ucha Małopolanina mieszkańcy Krajny mówią z wyraźnym akcentem, używając naleciałości z języka dolnoniemieckiego i kaszubskiego.

Odkrywanie różnic społecznych i kulturowych między rejonami Polski fascynuje mnie od dawna. Podróżując przez kolejne krainy historyczne Polski można się przekonać, że nasz kraj wcale nie jest tak homogeniczny i jednoznaczny, jak powszechnie się uważa. Krajna jest tego świetnym przykładem.

Poza ciekawostkami kulturowymi, Krajna ma też sporo do zaoferowania miłośnikom przyrody. Krajeński Park Krajobrazowy to miejsce, gdzie rowerzysta w końcu może odetchnąć od ruchu samochodowego i w pełni skupić się na odkrywaniu tajemnic okolicy. Bazę wypadową najlepiej urządzić sobie w Więcborku, gdzie znajduje się siedziba parku i spora część zabytków.

Trzeci co do wielkości park krajobrazowy w Polsce (!) to miejsce, o którym w mediach mówi się stanowczo za mało. Zabytkowe kościoły, zrujnowane dwory, pałace ukryte gdzieś pomiędzy licznymi jeziorami działają na wyobraźnię. Więcbork to dobre miejsce na odpoczynek i regenerację sił przed ostatnimi etapami wycieczki.

Więcej o Krajnie przeczytać możecie w osobnym wpisie TUTAJ, bardzo zachęcam!

 Dzień 6: Kaszubska Marszruta (120 km)

Po regeneracji sił w Więcborku przyszła kolej na najbardziej malowniczy i przyjazny rowerzyście etap wyprawy. Prowadzący przez Kaszuby etap w końcu pokonać można ścieżkami rowerowymi a nie ruchliwymi ulicami. Nareszcie rowerzysta czuje się jak pełnoprawny uczestnik ruchu drogowego. Wszystko to dzięki projektowi ścieżek rowerowych „Kaszubska Marszruta” na terenie powiatu chojnickiego. Brawo Chojnice!

Duża Cerkwica

Zanim jednak dotrzemy do Chojnic, czas wrócić na znaną nam już drogę 241. Za Więcborkiem sytuacja na szosie niestety nie ulega poprawie. Ruch uliczny dalej jest bardzo intensywny, dodatkowo na drodze pojawiają się liczne wzniesienia i zakręty dodatkowo pogarszające widoczność i bezpieczeństwo. Drogę Więcbork - Sępólno Krajeńskie najlepiej szybko pokonać z samego rana i równie szybko o niej zapomnieć.

Za Sępólnem, w miejscowości Trzciany, w końcu zjeżdżamy z drogi 241, by na dłuższy czas nie myśleć o ryku silników i ostrym zapachu spalin. Kierujemy się rozległymi polami w stronę wsi Duża Cerkwica. Pomimo późniejszej godziny, nad pokrytymi rosą polami ciągle wisi gęsta mgła. Po kilku kilometrach rowerzysta wpada w przyjemny trans. Kolejny zakręt, kolejny pagórek, kolejna prosta… prowadząca przez pola droga wydaje się nie mieć początku ani końca. Na przydrożnym polu spłoszone obecnością intruza żurawie podrywają się z krzykiem do lotu. Chciałoby się tak jechać aż do samego Gdańska…

Bliskość człowieka i natury w okolicach Dużej Cerkwicy pieczętuje drewniana wieża, służąca być może niegdyś za spichlerz, obecnie zupełnie nieprzydatna z ludzkiego punkty widzenia. Zamiast wyburzyć wieżę i odzyskać drewno, mieszkaniec Dużej Cerkwicy postanowił ją oddać w dzierżawę parze bocianów. Przyjaźń bociana z człowiekiem to przepiękny ewenement polskiej tradycji ludowej.

Ścieżka rowerowa

Trochę to smutne, że dopiero gdzieś pod Chojnicami, w trzeciej części opisu podróży rowerem z Krakowa do Gdańska czytelnik przeczytać może słowo o ścieżce rowerowej. Niestety, dopiero w okolicach miejscowości Ogorzeliny równolegle do asfaltowej drogi pojawia się dobrze utrzymana ścieżka rowerowo-piesza. Pomny doświadczeń z Mroczy, gdzie ścieżka miała około 15 metrów długości, rowerzysta niechętnie zjeżdża z drogi. Kolejne kilometry jednak mijają, a ścieżka trwa, nie mając zamiaru się skończyć. Nareszcie!

Ogorzeliny - Nowy Dwór -Angowice - Chojnice. Ten odcinek trasy warto zapamiętać. Na tym odcinku po raz pierwszy na całej wyprawie rowerzysta czuje się jak pełnoprawny uczestnik ruchu drogowego, jak oczekiwany gość, jak prawdziwy turysta. Ofiarowane dobro wraca - w ramach podziękowania zachęcam gorąco do odwiedzin tego rejonu Polski. Angowice to wieś, która obchodziła niedawno swoje 660-lecie: założono ją dokładnie 5 maja 1357 roku. Z Angowicami związane są również dzieje jednego z najbardziej tajemniczych ludów Polski…

Kosznajderia

Mało kto wie, że w trójkącie Chojnice - Tuchola - Kamień Krajeński aż do końca II wojny światowej żył tajemniczy lud: Kosznajdrzy. Potomkowie niemieckich osadników sprowadzonych na te ziemie między 1434 a 1438 rokiem przez Krzyżaków wyznawali tą samą co lokalni mieszkańcy wiarę (katolicyzm), ale mówili zupełnie różnym językiem. Od miejscowych odróżniali się także strojami i kulturą ludową. Niesamowite - odrębność zachowali przez 500 lat, do końca mówiąc specyficznym dialektem języka holenderskiego. Aż w końcu wybuchła II wojna światowa…

Skąd wzięła się nazwa Kosznajderia? Co stało się po wojnie z niemieckimi osadnikami? Zachęcam do odwiedzin tego zakątka Polski i odkrycia tajemnicy Kosznajderii samemu. Ci, którzy z jakiś względów wolą pozostać w fotelach, zainteresują się pewnie tym oto linkiem opisującym poszukiwania Kosznajderii: KILK.

Szukanie śladów dawnych niemieckich osadników to czynność absorbująca. Podczas poszukiwań, rozglądania się, rozpytywania i rozmyślań czas mija szybko i przyjemnie. Mając przez oczami cel i sens podróży, pedałuje się o wiele łatwiej. Tabliczka oznajmiająca wjazd do Chojnic pojawia się w polu widzenia dość niespodziewanie, kończąc tajemniczy rozdział wycieczki na pograniczu fantazji i rzeczywistości. Jesteśmy w województwie pomorskim.

Chojnice

Miasto Chojnice zgodnie z logiką wycieczki powinno być tylko punktem przelotowym na trasie rowerowej z Krakowa do Gdańska. W końcu cel wyprawy czuć coraz wyraźniej, województwo pomorskie jednoznacznie budzi skojarzenia z nieodległym już Morzem Bałtyckim. I jak to zazwyczaj u końca wyprawy bywa, okazuje się że sama podróż jest o wiele przyjemniejsza od osiągnięcia celu. Chwila rozmowy w punkcie informacji turystycznej przekonuje mnie, że warto zdobyć się na kolejny wysiłek i dodatkowo nadłożyć drogi.

Osiągnę przy tym przynajmniej dwa cele: wydłużę przyjemność pedałowania o kolejne kilkadziesiąt kilometrów i będę miał możliwość przejechania jednego z najpiękniejszych widokowo odcinków na rowerowej mapie Polski. W Chojnicach skręcam zatem nie w prawo, a w lewo, by drogą wojewódzką 212 popędzić w stronę wsi Charzykowy.

Kaszubska Marszruta

Co dokładnie skłoniło mnie do zmiany trasy wycieczki? Otóż Kaszubska Marszruta to projekt budowy 165 kilometrów oznakowanych ścieżek rowerowych na obszarze powiatu chojnickiego. Ścieżki rowerowe oznakowane są czterema kolorami i pozwalają na zaplanowanie malowniczych pętli wokół Parku Narodowego Bory Tucholskie. Ścieżki rowerowe zbudowane są z polbruku, asfaltu, a w lasach z szutru. Rozwiązanie takie sprawia, że trasa rowerowa nie nudzi się, zarówno krajobraz, jak i nawierzchnia zmienia się regularnie.

Trzeba jednak mieć na uwadze, że po asfalcie jedzie się znacznie szybkiej - szutrowa nawierzchnia w lesie zwalnia rowerzystę, który najchętniej wróciłby na idealnie równy asfalt ulicy. Znaki drogowe nie pozwalają na jednak pójść na skróty - tam, gdzie obok drogi poprowadzono ścieżkę rowerową, na drodze obowiązuje zakaz ruchu rowerów. I dobrze!

Most zwodzony w Małych Swornegaciach

Odcinek Charzykowy - Stary Most - Funka - Małe Swornegacie prowadzi w większości po terenie Parku Narodowego Bory Tucholskie. Rowerzysta z przyjemnością eksploruje ten niemal dziewiczy teren. Otoczony przez Jezioro Charzykowskie po lewej stronie i Bory Tucholskie po prawej przemyka się bezgłośnie pomiędzy drzewami. Podróż ułatwiają liczne tablice informacyjne i wiaty postojowe pobudowane specjalnie z myślą o turystach rowerowych.

Małe Swornegacie kryją ewenement w skali kraju - most zwodzony rozpięty między jeziorami Charzykowskim i Długie. Jeśli mamy odrobinę szczęścia (lub z wyprzedzeniem sprawdzimy harmonogram) możemy zaobserwować, jak most podnosi się do góry, by przepuścić wysokie jednostki pływające.

Park Narodowy Bory Tucholskie

Kolejne etapy wycieczki szlakiem Kaszubska Marszruta to prawdziwa przyjemność. Kręta ścieżka dalej prowadzi skrajem lasu do miejscowości Chociński Młyn, gdzie do dziś zachowały się przepiękne kaszubskie chaty i zabytkowy młyn na rzece Chocina. Tutaj odbijemy drogą wojewódzką 236 w prawo, w kierunku miasta Brusy, pozostając wszakże na ścieżce i trasie szlaku rowerowego.

Dokończenie 6 dnia podróży i dzień siódmy (dojazd do Gdańska!!!) na ostatniej już stronie. Zapraszam!

Kaszuby

Po opuszczeniu Borów Tucholskich droga 236 prowadzi przez teren płaski i słabo zaludniony. Nazwy kolejnych miejscowości brzmią coraz bardziej egzotycznie: Wielkie Chełmy, Czyczkowy, Brusy.  Patrząc tylko na tablice drogowe, rowerzysta mógłby szybko zwątpić, czy aby na pewno ciągle znajduje się na terenie Polski. Nazwy miejscowości zapisane są w innym języku, z użyciem nieznanych w polszczyźnie liter i znaków. Przejeżdżamy przez Kaszuby.

Z reporterskiego obowiązku trzeba nadmienić, że restauracja staromiejska w mieście Brusy stanowi jeden z niewielu godnych uwagi lokali gastronomicznych w okolicy. Ciekawa sprawa - niejedno polskie miasto zapamiętałem przede wszystkim ze względu na pyszny obiad zjedzony w lokalnej restauracji. Dla zmęczonego i głodnego turysty dobra restauracja śmiało może równać się z najcenniejszymi zabytkami architektury. To, co ważne, cenne i wyczekiwane najlepiej zapada w pamięć.

Podobnie rzecz ma się ze wspomnieniami kierowców. Nierzadko zapamiętują oni miasta ze względu na wygodny hotel, w którym przyszło im spać na kolejnym odcinku trasy. Inni bezbłędnie rozpoznają miejscowości po zlokalizowanych tam stacjach benzynowych lub barach szybkiej obsługi.

Jest to pewnego rodzaju wskazówka dla włodarzy miast i miejscowości. Warto wspierać lokalne inicjatywy, warto inwestować w bazę noclegową i gastronomiczną, bo to właśnie od noclegu i posiłku, a nie od zabytków, zacząć się może dobra prasa i sukces miejscowości.

Wiele

W Brusach najedzony rowerzysta odbija na północ, drogą wojewódzką 235, by po kilku kilometrach zjechać w kierunku wsi Lubnia i Wiele. Okolica przypomina pejzaże mijane na trasie Kaszubskiej Marszruty. Droga prowadzi przez lasy i tereny słabo zaludnione, brzegiem jezior i między stawami. Mając z tyłu głowy coraz bliższy koniec etapu, myśli turysty zaczynają krążyć wokół opcji noclegowych. W takich momentach ogólnego rozprężenia często mają miejsca wydarzenia nieoczekiwane, które silnie zapadają w pamięć. Nie inaczej jest tym razem.

Jeszcze przed osiągnięciem celu wycieczki rowerzysta wjeżdża do wsi Wiele, charakteryzującą się przepięknym zabytkowym układem ruralistycznym. Przejeżdżając uliczkami Wiela obserwować można widoki jakby żywcem przeniesione ze starej pocztówki. Wiele pochwalić się może również budowlami bardziej współczesnymi. Wokół brzegów jeziora Wielewskiego wybudowano Kalwarię Wielewską: malowniczo rozsiane wśród wzgórz kapliczki, rzeźby i pustelnię.

Wdzydze Kiszewskie

6 dzień wycieczki okazał się najdłuższy w całej wyprawie. 120 kilometrów, zmienny krajobraz, ciekawostki architektoniczne i przyrodnicze, słoneczna pogoda. Nic dziwnego, ze zmęczony nadmiarem wrażeń rowerzysta pada na łóżko pensjonatu we Wdzydzach Kiszewskich zaraz po zdjęciu sakw z roweru. Na zwiedzanie czas przyjdzie rano.

Dzień 7: do Gdańska! (74 km)

Czasem zdarza się, że to ostatni odcinek trasy jest najtrudniejszy. Najczęściej fakt ten ma związek z narastającym zmęczeniem na długiej trasie - po wielu dniach pedałowania mięśnie zaczynają się powoli buntować. Biorąc to pod uwagę, ostatni dzień podróży ma „tylko” 74 kilometry, w teorii pozwalając dotrzeć do Gdańska jeszcze przed obiadem. Jak okaże się na trasie, największa trudność tego odcinka związana jest nie ze zmęczeniem, a z intensywnym ruchem ulicznym, przed którym w okolicach Gdańska zwyczajnie nie ma ucieczki.

Wdzydzki Park Krajobrazowy

Początek trasy nie zapowiada problemów. Droga prowadzi przepięknymi trasami Wdzydzkiego Parku Krajobrazowego. Poranne słońce przebija się pomiędzy drzewami powoli ogrzewając wiosenne powietrze. Schowane pomiędzy pagórkami jeziora odbijają promienie słoneczne potęgując ten mini-efekt cieplarniany. Poranna mgła powoli ustępuje miejsca przejrzystemu, rześkiemu powietrzu.

Wdzydzki Park Krajobrazowy jest popularny wśród turystów z Pomorza. Jako punkt wypadowy upodobali oni sobie wieś Wdzydze Kiszewskie. Zagubiona na końcu drogi wieś w okresie wiosenno-letnim przeżywa istne oblężenie turystów. Wczasowicze docierają tam, gdzie nawet zasięg telefonii komórkowej zaczyna się gubić.

Malutka wieś, na skraju której wybudowano duży kompleks domków wczasowych, wygląda momentami groteskowo. W dzień zadeptana przez turystów, głośna, hałaśliwa, w nocy pustoszeje. Alkohol pomaga ludziom złagodzić ten dysonans poznawczy. Wyrwani z miejskiego środowiska wczasowicze szukają ulgi we wciąż głośnej i tłocznej tawernie. Przyzwyczajeni do ciszy mieszkańcy w milczeniu opróżniają kolejny kufel w odrapanym barze na uboczu.

Droga wojewódzka 221

Po opuszczeniu parku krajobrazowego atrakcje tego dnia kończą się. Warto wspomnieć jeszcze przyjemną wieś Wielki Klincz, na którą rowerzysta kieruje się przed wjechaniem na drogę wojewódzką 221. Później cyklistę czeka już tylko warkot silników i smród spalin…

Niestety, droga wojewódzka 221 rozczarowuje pod każdym względem. Krajobrazowo jest mało ciekawa, nie przecina też żadnej godnej uwagi miejscowości. Pobocze jest wąskie i nieprzyjazne, auta pędzą w kierunku Gdańska co chwile płosząc rowerzystę. Co zaskakujące, w miarę zbliżania się do morza droga prowadzi coraz bardziej pod górę…

Gdańsk

Sytuacja zaczyna się zmienia się dopiero za Jodłownem. Na poboczu drogi pojawia się ścieżka rowerowa, a droga zaczyna zjeżdżać stromo w dół, w stronę morza. Ostatnie kilometry to niemal bezproblemowy zjazd serpentynami do Gdańska. Ujeścisko, Orunia, Śródmieście i w końcu Stogi… po 7 dniach oczom rowerzysty ukazuje się upragnione Morze Bałtyckie.

Podsumowanie

Z perspektywy czasu, na ostatni odcinek podróży wybrałbym drogę prowadzącą przez Kościerzynę, Kaszubski Park Krajobrazowy i Kartuzy. Takie rozwiązanie pozwoliłoby uniknąć nieprzyjemnego ruchu drogowego i przejechać przez obszary nieco bardziej malownicze niż pobocze drogi wojewódzkiej 221. Poza tym fragmentem, na trasie swojej wycieczki nie zmieniałbym niczego.

Wyjazd po raz kolejny udowodnił mi, że Polska jest pełna mało znanych, jeszcze nie odkrytych turystycznych pereł. Podróż rowerem pozwala na dotarcie do nich i nacieszenie się ich pięknem lub tajemnicą. Z kolei uczucie euforii, które towarzyszyło mi po osiągnięciu celu zagłuszyło całkowicie zmęczenie i ból fizyczny po 7 dniach pedałowania. Poczucie satysfakcji ze zrealizowania marzenia utrzymuje się zresztą do dziś…

Warto było!

Rowerem z Krakowa do Gdańska

Wpis stanowi trzecią, ostatnią część cyklu „Rowerem z Krakowa nad morze”. Podzielona na trzy części opowieść ma na celu wyznaczenie nowej, alternatywnej trasy rowerowej z Krakowa nad Morze Bałtyckie. Część pierwszą podróży, przejazd przez Jurę Krakowsko - Częstochowską i Załęczański Park Krajobrazowy znajdziecie TUTAJ. Etap drugi wycieczki, drogą Wieluń - Kalisz i przejazd rowerem przez szlak piastowski opisuję TUTAJ. Zachęcam bo warto!

Całą wyprawę możecie prześledzić też na poniższej mapie. Jak widzicie, do Gdańska jechałem trochę na około, chcąc jak najwięcej zobaczyć po drodze. Krajobraz Polski z południa na północ zmienia się diametralnie, co tylko dodaje atrakcyjności wyznaczonej przeze mnie trasie. Miłego pedałowania! 🙂

Więcej: Rowerem