Subscribe

Montagne Pelée - najwyższy wulkan na Martynice.

2016-03-23

Wpis opublikowany w marcu 2016 roku. Ceny, rozkłady, przepisy i inne informacje praktyczne mogły się od tego czasu zmienić.

Krwawię? Mój wzrok wędruje za spojrzeniami czarnoskórych policjantów drogówki, którzy przy drodze przeprowadzają najwidoczniej rutynową kontrolę prędkości. Przed chwilą wysiadłem z autostopu na pobocze i teraz zawstydzony próbuję ukryć brudny, zostawiający czerwone ślady, zakrwawiony sandał za drugą, zdrową nogą.

Popołudniowe, ciągle silne karaibskie słońce też zaczyna wpadać w czerwień. Niedługo zrobi się zupełnie ciemno, tu zachód słońca trwa około kwadransa, noc przychodzi niemal bez ostrzeżenia. Pomimo upływu dnia, ciągle jest przyjemnie ciepło. Po drugiej stronie drogi, za skleconymi byle jak budami rybaków, plątaniną sieci, muszli i styropianowych boi we wszystkich kolorach, ocean spokojnie kołysze zacumowanymi łódkami.

Policjant wyrobionym gestem odgarnia natrętną muchę i jeszcze raz próbuje zrozumieć, co w jego spokojnym, wyspiarskim świecie robi ten przemoczony, zziębnięty, brudny i zakrwawiony biały człowiek.

Deszczowy poranek

Tego poranka głosy przyrody były wyjątkowo jednoznaczne - cały otaczający mnie świat wręcz krzyczał: nie jedź! Pojedyncze krople deszczu uderzające w płachtę namiotu wyrwały mnie ze snu jeszcze przed świtem, kiedy wyspa budziła się dopiero do życia. Wsłuchiwałem się w milczeniu w takt wybijany przez deszcz zastanawiając się, czy i tego dnia po mżystym poranku słońce przełamie chmury i zaleje wyspę falą gorąca.

Nauczony doświadczeniem wiedziałem, że w porze deszczowej na wyspie pada, i to intensywnie, nawet kilka razy dziennie. Burza trwa kilkanaście, góra kilkadziesiąt minut i przechodzi dalej, przewiana silnymi oceanicznymi wiatrami. Niebo zasnute chmurami po horyzont jest widokiem niezwykle rzadkim - brak stałego lądu oznacza brak punktów zaczepienia, o które mogłyby się zahaczyć chmury i utworzyć gruby dywan.

Owego dnia deszcz ani myślał dać za wygraną. Siła kropli deszczu uderzających o namiot najwidoczniej chciała stłumić hałas coraz wyraźniej dobiegający z budzącego się do życia miasteczka. Odgłosy przejeżdżających ciężarówek, nawoływanie rybaków, rytmiczne buczenie silników motorówek, dźwięk bijących o poranku kościelnych dzwonów tonęły w coraz mocniejszym szumie ulewy.

Zanim w pełni oprzytomniałem, piasek wokół namiotu był już zimny i wilgotny od deszczu. Mrucząc pod nosem niewybredne komentarze, w pośpiechu zwinąłem śpiwór i karimatę, i jeszcze w namiocie spakowałem plecak. Wyjście z namiotu, złożenie tropiku i otrzepanie go z wody rozbudziło mnie do końca. Kilkanaście minut później, po szybkim śniadaniu, stałem przy drodze prowadzącej do Morne-Rouge, skąd najłatwiej zacząć wspinaczkę na Montagne Pelée.

Morne Rouge : u stóp wulkanu

Z odległości kilkunastu kilometrów wulkan był kompletnie niewidoczny. Gęste chmury dokładnie zakryły majestatyczną sylwetkę Mont Pelée. Unosząca się znad mokrego asfaltu mgła dodatkowo ograniczała widoczność. Pora deszczowa, która stanowiła dla mnie niedogodność i przeszkodę w drodze na szczyt, dla lokalnej roślinności była czasem prosperity. Bujna, zachłanna, zielona ściana liści, łodyg i pędów nachylała się z obu stron na drogę, olbrzymie liście błyszczały wilgotne od deszczu.

Lokalny farmer, który zabrał mnie z drogi na stopa, wyglądał jakby żywcem wyjęty z poprzedniej epoki. Proste, kowbojskie ubranie, szeroki kapelusz z dużym rondem, w ustach słomka. Surowy charakter, pewne spojrzenie pasowały do terenowego pickupa, który prowadził. Nie zdążyłem jeszcze zatrzasnąć drzwi, gdy farmer podgłośnił radio do granicy bólu. Wyspiarskie żywe rytmy płynęły z okien pickupa jakby na przekór padającemu deszczowi. Od teraz rozmowa możliwa była tylko za pomocą gestów.

Droga z Saint Pierre, skąd wyruszyłem w trasę, do Morne Rouge u stóp wulkanu to tylko 15 kilometrów. Wprawny kierowca pokona ten odcinek w pół godziny. Prosta, czerwona kreska na mapie w rzeczywistości okazuje się być krętą, ostro pnącą się w górę drogą; każdy zakręt wymusza zwolnienie samochodu. W miarę zdobywania wysokości, mgła gęstnieje a temperatura zaskakująco szybko spada. Wzmaga się też silny już na dole wiatr.

Z samego przejazdu przez Morne-Rouge, najwyżej położone miasto na Martynice, zapamiętałem niewiele. Padający deszcz, szybkość samochodu i koncentracja na celu wyprawy sprawiły, że miasteczku poświęciłem za mało uwagi. Długa szosa N3 stanowiąca oś Morne-Rouge wyglądała na opustoszałą, nieliczni mieszkańcy obserwowali drogę bezpiecznie schowani za sklepowymi witrynami.

Przejechawszy przez miasto, farmer zatrzymał się na ostatnim rondzie i ruchem głowy wskazał kierunek dalszej wspinaczki. Potem jakby zdjęty litością odezwał się w końcu i spróbował wyperswadować mi dalszą wycieczkę. Gęsta mgła sprawiała, że na górze łatwo było stracić orientację i zgubić kierunek. Dodatkowo padający deszcz i coraz silniejszy wiatr miały utrudniać wspinaczkę, podmuchy były zaskakująco mocne a skały zwodniczo śliskie. Chcąc trochę uspokoić mojego kierowcę, obiecałem nie ryzykować niepotrzebnie i w razie wątpliwości po prostu zawrócić.

W drodze do pierwszego schroniska

Pierwszy odcinek trasy nie nastręcza żadnych trudności technicznych, można nazwać go nawet nudnym i banalnym. Wciąż asfaltowa, choć węższa już droga wije się uparcie pod górę, mijając spowite we mgle łąki i pastwiska, z których dochodzi pozbawione emocji ryczenie krów. Zatopiony w myślach późno dostrzegam ciemną sylwetkę hotelu gdzieś po mojej prawej stronie. Wiatr szarpie posadzonymi wokół posesji palmami, zacinający deszcz czyni to miejsce dodatkowo nieprzyjaznym. Kto chciałby zatrzymać się w zagubionym wśród pól, zatopionym we mgle hotelu?

Wiedziony ciekawością próbuję obejrzeć ten niezwykły kompleks domków letniskowych, alejek i ogródków skupiony wokół ukrytego w chmurach głównego budynku hotelowego. Żwir chrzęści mi pod stopami, gdy wchodzę na pierwszą alejkę. Próbuję podejść bliżej hotelu i rozpoznać jego kształt, gdy jak spod ziemi wyrasta nieruchoma i bacznie przyglądająca mi się postać właściciela. Zaskoczony, rzucam krótkie „bonjour” i trochę za szybkim krokiem wracam do głównej szosy. Gdy oglądam się za siebie, właściciela już tam nie ma.

Kilkaset metrów dalej docieram do stacji meteorologicznej, która w sezonie pełni także rolę schroniska. Poza sezonem opuszczony i zaniedbany budynek sprawia dość przykre wrażenie - ogólnodostępny taras nie daje żadnego schronienia przed wiatrem, kapiąca z dachu woda zbiera się w coraz większe kałuże. Największą wartość dla turysty ma dokładna mapa góry na tablicy obok, z zaznaczonymi wszystkimi szlakami pieszymi, czasami przejść i schroniskami.

Poza tarasem, budynek zamknięty jest na głucho. O tym, jak schronisko wygląda w sezonie można jedynie wnioskować oglądając banery reklamowe i patrząc na zaciemnione wnętrza przez ochlapane deszczem szyby.

Wspinaczka

Minąwszy schronisko zaczynam faktyczne podejście pod górę. Trasa jest zaskakująco dobrze utrzymana, położone co kilkaset metrów słupki z oznaczeniem trasy i czasem dojścia do kolejnego punktu nie pozwalają się zgubić pomimo mgły. Pierwszy odcinek podejścia w deszczową pogodę jest wyjątkowo nieprzyjemny. Wycięte w ziemi schodki, wzmocnione dodatkowo deskami, zamieniają się w głębokie kałuże. Ominięcie kałuż jest niemożliwe, poza szlakiem stok wulkanu pokryty jest gęstymi krzaczkami o kłujących gałązkach.

Po irytująco długim odcinku błotnistych schodków nawierzchnia w końcu zmienia się, błoto ustępuje miejsca śliskiej od deszczu skale. Dalej wspinaczka możliwa jest tylko przy dodatkowej pomocy rąk, każdy krok grozi poślizgnięciem się i przykrym upadkiem. Szlak prowadzi dość stromo pod górę, chmury szczelnie zakrywają wierzchołek uniemożliwiając orientację w terenie.

Na wypłaszczeniu terenu przystaję pod rozłożystym, skarłowaciałym drzewem. Jestem zupełnie sam, powietrze jest rześkie, wiatr smaga mi twarz. Otaczająca mnie mgła sprawia, że czuję się oderwany od otaczającego mnie świata, przeniesiony w inny wymiar, nierealny. Zmęczenie powoli ustępuje. Jeszcze parę wdechów i… nagle w zasięg mojego wzroku wpada jaskrawozielony pocisk. Poruszając się z nieuchwytną szybkością, ale i delikatnością, przeskakuje z gałęzi na gałąź. Nieruchomieje dosłownie na ułamek sekundy, zawisając obok kielicha kwiatu na wprost mnie.

Wtedy też, przez ułamek sekundy, mam okazję obserwować najpiękniejsze stworzenie na Martynice: kolibra antylaka purpurowego (Eulampis jugularis). Opalizujące, ciemnozielone skrzydła i nieco jaśniejszy brzuch kontrastują z intensywnie czerwonym podgardlem. Czarna głowa i długi, zakrzywiony dziób dodają ptakowi elegancji. Ruchy jego skrzydeł są zbyt szybkie, nieuchwytne dla oka. Z idealną precyzją zagłębia główkę w kielichu kwiatu, spijając nektar. Zanim zdążę mrugnąć okiem, nie mówiąc o wyciąganiu aparatu, koliber znika ponownie we mgle.

Na ile realne było to spotkanie? Czy był to tylko wytwór mojego zmęczonego i oszołomionego umysłu? Na tej wysokości, przy tak silnym wietrze, koliber nie powinien nigdy się pojawić… Z powrotem otacza mnie przytłaczająca, jednostajna, niepokojąca mgła.

Wypłaszczenie terenu oznacza, że jestem coraz bliżej brzegu krateru. Żeby tam się dostać, muszę jeszcze minąć bagno, stąpając po grubych, częściowo podtopionych schodkach. Nie zwracam uwagi na wodę - moje buty już dawno całkowicie przemokły. Mam tylko nadzieję, że szczelnie owinięty płachtą plecak pozostał suchy i po powrocie będę mógł przebrać się w czyste rzeczy.

Wysokie, otaczające bagno szuwary, które silny wiatr niemal kładzie na ziemi nie są widokiem, którego spodziewałbym się pod kraterem wulkanu. Po wizycie kolibra przestałem się jednak dziwić temu co widzę, teraz tylko odnotowuję kolejne doświadczenia nie mogąc pozbyć się dojmującego poczucia odrealnienia.

Wokół krateru

Po osiągnięciu brzegu krateru uderza mnie huraganowy wicher. Nie napotykając na żadne przeszkody, wiatr rozpędza się tutaj do tego stopnia, że z trudem utrzymuję równowagę. W oddali wyławiam sylwetkę drugiego schroniska; pełen nadziei i determinacji brnę w jego kierunku. Po kilku minutach osiągam cel: schronisko, a raczej schron, to prosta betonowa konstrukcja bez drzwi i okien. Deszcz wdziera się do środka wszystkimi otworami, klepisko schronu zmieniło się w głębokie, grząskie błoto. Zrezygnowany, zrzucam plecak na śliską, pokrytą mchem ławeczkę.

W tym samym momencie, do schronu zagląda krótko ostrzyżona, uśmiechnięta głowa. Rzuca radosne „Ça va?”. Kolibra na szlaku łatwo przeoczyć, ale jak mogłem nie zauważyć człowieka? Zagadka szybko się rozwiązuje - mój nieoczekiwany kompan jest francuskim wojskowym, który dla swoich kolegów z Nowej Zelandii przygotowuje test survivalowy. Od dobrej godziny krąży po okolicznych ścieżkach sprawdzając ich stopień trudności. W jego opinii dzisiejszy dzień jest idealny, żeby w górach zabłądzić, zboczyć ze szlaku i już nie wrócić, wyśmienity na survivalowe przetarcie. Proponuje, że wokół krateru i na szczyt pójdziemy już razem.

Droga wokół krateru wulkanu Pelée to szeroki na półtora metra wał o gwałtownie opadających zboczach, Okrążając krater przeciwnie do wskazówek zegara, po lewej stronie mamy ginącą we mgle, ponurą jamę. W krótkich momentach przejaśnienia, gdy porywisty wiatr przegania chmury, dostrzec można ogromnych rozmiarów paprocie pokrywające dno krateru. Po prawej stronie zbocze jest tylko minimalnie mniej strome. W słoneczne, pogodne dni widoczność może sięgać kilkudziesięciu kilometrów, co pozwala objąć spojrzeniem większą część wyspy. Dziś odległy ocean i piaszczyste brzegi zobaczyć można tylko oczyma wyobraźni.

Po pół godzinie trudnego marszu, potknięć i upadków spowodowanych silnym wiatrem, docieramy do trzeciego schroniska, łudząco przypominającego schronisko drugie. Ilość błota pokrywającego ściany i podłogę schronu jest tylko nieznacznie mniejsza od tego, co widzieliśmy wcześniej. Z tej strony krateru możliwe jest podejście na faktyczny wierzchołek Montagne Pelée, skalisty, stromy czubek powstały po ostatnim wybuchu 8 maja 1902 roku.

Szczyt Montagne Pelée

Znakowanie szlaku znacznie pogarsza się, nieliczne pomarańczowe symbole wymalowane na kamieniach są bardzo słabo widoczne. Ostatni odcinek pokonujemy na czworakach, co chwilę rzucani o skały przez huraganowe podmuchy. Jest przeraźliwie zimno, temperatura wynosi nie więcej niż kilka stopni Celsjusza.

Szczyt, nazywany Le Chinois, oznaczony jest dużą plamą pomarańczowej farby na wystającej skale. Widząc go w oddali, krzyczę z radości do wojskowego i po kępkach trawy przeskakuję w kierunku wierzchołka. Nagle jedna z kępek zapada się pode mną i wpadam do szczeliny skalnej.

Szok. Ból. Dezorientacja. Po kilku sekundach odzyskuję jasność umysłu. Mój krzyk nie przebił się przez łoskot wiatru, francuski wojskowy jest nieświadomy mojego położenia. Próbuję wydostać się z pułapki o własnych siłach: na szczęście dla mnie, do szczeliny wpadłem tylko po udo. Druga noga, teraz nienaturalnie wygięta na skałach, wraz z grubym plecakiem powstrzymała dalszy upadek. Jeszcze jedna próba. Ciężki plecak i silny wiatr znów mnie przeważają. Wołam wojskowego raz jeszcze - tym razem skutecznie. Jego twarz wykrzywia się w przerażeniu i biegnie, a raczej usiłuje biec mi na pomoc.

Po chwili siedzę znów na skałach, osłonięty od wiatru i oceniam obrażenia: moje kolano mocno spuchło, z rozcięcia poniżej obficie leje się krew. Przemywam ranę i próbuję tamować krwawienie elastycznym opatrunkiem. Krew ciągle sączy się, jednak mogę iść dalej. W tym momencie dociera do mnie, jak wielkie szczęście miałem spotykając przy schronisku żołnierza. Sam mógłbym nie wygrzebać się tak łatwo ze szczeliny… Wspólnymi siłami docieramy do pomarańczowego głazu, przybijamy piątki i szybko zarządzamy odwrót.

Do słońca

Droga powrotna prowadzi niespodziewanie dnem krateru. Mam okazję zanurzyć się w świat przypominający łudząco Park Jurajski. Grube, mięsiste, ciemnozielone liście roślin przypominających bananowca walczą o każdy promień słońca z wysokimi trawami i kolczastymi krzewami. Olbrzymie paprocie wykształciły tu pień i górują nad resztą roślinności, zacieniając dodatkowo ten osłonięty skałami teren. Woda zbiera się na dnie krateru sprawiając, że zieleń dosłownie eksploduje z każdej strony, pochłaniając ścieżkę i tabliczki z oznakowaniem trasy. Krajobraz spowity jest w gęstych chmurach co dodatkowo dodaje mu aury tajemniczości i bajkowości.

Zachwycony otaczającym mnie światem, zapominam o bólu i ciągle sączącej się z rany na nodze krwi. Ostrożnie rozgarniam zarośla starając się nie zboczyć z wąskiej ścieżki. Po kilku minutach wyrasta mi przed oczami stroma ściana - to znak, że dotarliśmy do drugiego końca krateru. Od tego momentu w dół schodzę po własnych śladach - mijam bagniste zagłębienia, zsuwam się ostrożnie po wyślizganych skałach, brodzę po kostki w błocie na odcinku drewnianych schodków.

Mój wojskowy kolega podrzuca mnie autem do centrum Morne Rouge, skąd szybko łapię stopa do domu, do Saint Pierre. Dopiero w samochodzie schodzi ze mnie napięcie, zaczynam spokojnie, głęboko oddychać. Nareszcie czuję się bezpieczny. W miarę zjeżdżania w dół, niebo rozpogadza się, zza chmur wychodzi słońce, po deszczu nie ma już ani śladu. Po chwili pochłania mnie rozmowa z kierowcą i nawet nie zauważam, kiedy docieramy do Saint Pierre, byłej stolicy Martyniki, która tragicznie ucierpiała podczas erupcji w 1902 roku.

Wysiadam z auta. Popołudniowe, ciągle silne karaibskie słońce zaczyna wpadać w czerwień. Niedługo zrobi się zupełnie ciemno, tu zachód słońca trwa około kwadransa, noc przychodzi niemal bez ostrzeżenia. Pomimo upływu dnia, ciągle jest przyjemnie ciepło. Po drugiej stronie drogi, za skleconymi byle jak budami rybaków, plątaniną sieci, muszli i styropianowych boi we wszystkich kolorach, ocean spokojnie kołysze zacumowanymi łódkami…

Informacje praktyczne:

  • Wulkan Pelée jest wulkanem drzemiącym. Wybucha często. Ostatnia erupcja miała miejsce w 1932 roku.
  • Montagne Pelée ma zaledwie 1397 metrów wysokości. Wybitność tej góry jest jednak imponująca. Startując z Morne Rouge do pokonania mamy 950 metrów w górę w pionie. Dla porównania, wchodząc spod Morskiego Oka na najwyższy szczyt Polski- Rysy do pokonania mamy 1100 metrów w pionie.
  • Nazwa Montagne Pelée to po francusku Łysa Góra. Uważa się, że nazwę taką nadali wulkanowi francuscy kolonizatorzy widząc zniszczone, „łyse” zbocza świeżo po erupcji.
  • Na wulkan prowadzą szlaki z Morne Rouge, Grand’Rivière, Macouba i Grande Savane (obrzeża Le Prêcheur).
  • Najkrótszym szlakiem jest ten zaczynający się na rogatkach Morne Rouge (Sentier de l’Aileron).
  • Do Morne Rouge dotrzemy z Fort-de France lub z Saint Pierre busem (odpowiednio 6 albo 2 EUR). Czas przejazdu z Saint Pierre to 30 minut.
  • Miasteczko Morne Rouge jest bardzo dobrze zaopatrzone, nie ma problemu ze znalezieniem supermarketu.
  • Pierwsze schronisko u stóp wulkanu otwarte jest tylko w sezonie. Wtedy też możemy kupić tam jedzenie, obiad i skorzystać z toalet. Poza sezonem obiekt jest zamknięty.
  • Drugie schronisko na wysokości 1230 metrów jest miejscem skrzyżowania szlaków: kierunki Macouba, Grand Rivière, Morne Lacroix (1255m), trasy wokół krateru: Caldeira (dodatkowo 1h) i bezpośrednio na szczyt.
  • Schronisko trzecie to betonowy schron o powierzchni 10m². Podobnie jak schronisko drugie, brakuje tu drzwi, okien, a klepisko zamienia się często w błotną kałużę. Nocleg raczej niemożliwy.
  • Na większej części szlaku trasa jest bardzo dobrze oznaczona, betonowe słupki wskazują kierunek i czasy przejścia poszczególnych odcinków.
  • Odcinek szczytowy jest słabiej oznaczony, uwaga na szczeliny skalne.
  • Najlepszym czasem na wspinaczkę jest wczesny poranek. Po południu wierzchołek góry niemal zawsze spowity jest w chmurach.
  • W ciągu roku na szczycie spaść może do 10 metrów deszczu. Dwa razy więcej niż w Warszawie.
  • Poza deszczem, poważnym utrudnieniem na szlaku jest porywisty wiatr.
  • Ci znający język francuski mogą przeczytać co nieco tutaj.
  • Więcej o szlakach trekkingowych na Martynice po polsku poczytać możecie w cyklu wpisów na ten temat, pierwszy tu: Trekking na Martynice
  • Mapa poglądowa Montagne Pelée z zaznaczonymi szlakami poniżej.

Trasy w liczbach

l’Aileron - Montagne Pelée

  • długość trasy 5 km
  • przewyższenie 600 metrów
  • czas przejścia 4 godziny
  • trudność 3/5

Grand’Rivière - Montagne Pelée

  • długość trasy 7,6 km
  • przewyższenie 1170 metrów
  • czas przejścia 4,5 godziny
  • trudność 4/5

Macouba - Montagne Pelée

  • długość trasy 8 km
  • przewyższenie 1220 metrów
  • trudność 4/5

Literatura dodatkowa

  • Mapa Martyniki : jedyną sensowną moim zdaniem propozycją jest mapa wydawnictwa ITMB w skali 1:65ooo. Na odwrocie w gratisie dostajemy mapę Gwadelupy, co przy wycieczce łączonej jest bardzo użyteczne. Mapa kosztuje około 35 złotych, możecie ją obejrzeć i kupić.
  • Przewodnik po wyspie: niekwestionowanym liderem na rynku przewodników jest anglojęzyczny przewodnik Lonely Planet. Wydanie obejmuje wszystkie karaibskie wyspy. Poza opisem najważniejszych zabytków wyspy, znajdziemy tutaj rozdział poświęcony lokalnej kuchni i oczywiście bardzo dobrze opisane opcje noclegowe. Przewodnik kosztuje około 100 PLN, cena waha się w zależności od sezonu. Przewodnik kupicie.

A jeśli jesteś dopiero pierwszy raz na blogu, to najlepiej zacznij od TEJ STRONY

Podobne wpisy

Determined woman throws darts at target for concept of business success and achieving set goals