Subscribe

Dolina Świsłoczy: Kruszyniany, Chomontowce, Świsłoczany

2016-03-17

Wpis opublikowany w marcu 2016 roku. Ceny, rozkłady, przepisy i inne informacje praktyczne mogły się od tego czasu zmienić.

Granica polsko-białoruska ma długość 416 kilometrów. Na tak długim odcinku znajduje się tylko 7 drogowych przejść granicznych. Średnio co 60 kilometrów Białoruś otwiera się na obcych i pozwala na wymianę towarów, myśli i przekonań. Przyczyny tej nieufności są co najmniej dwie, pośrednio ze sobą powiązane.

Granica Polski z Białorusią biegnie dokładnie tak, jak niegdyś przebiegała granica Polski z ZSRR. Polityką Związku Radzieckiego było budowanie niewielu przejść granicznych, utrzymywanie państwa w możliwie dużej izolacji. Przygraniczna nieufność w stosunku do obcych jest więc spuścizną po Sowietach, spuścizną pielęgnowaną do dziś po wschodniej stronie naszej granicy.

Przyczyna druga jest konsekwencją pierwszej: granicę z Polską wytyczono tak, aby jej przekraczanie maksymalnie utrudnić. Duża jej część położona jest na rzekach (Bug, Świsłocz, Wołkuszanka) lub przebiega przez głęboką puszczę. Naturalne bariery fizycznogeograficzne utrudniają zwiększenie liczby przejść granicznych pomimo rozpadu ZSRR. W pewnym sensie myśl liderów Związku Radzieckiego przetrwała jego rozpad i odciska się piętnem na jego spadkobiercach do dziś.

Dolina Świsłoczy

Miejscem, które w najlepszym stopniu obrazuje skalę trudności w kontaktach międzygranicznych, jest Dolina Świsłoczy. Granica przebiegająca na rzece Świsłocz skutecznie oddzieliła tu dwa światy: polski i białoruski. Nieliczne wsie położone po obu stronach granicy porozrzucane są wśród pól i lasów, zapomniane, niezależne, pogrążone w izolacji, jak szlacheckie zajazdy kilkaset lat temu.

Przez ten nieujarzmiony Dziki Wschód biegnie droga krajowa 65. Przecina bezludne tereny Puszczy Knyszyńskiej, mija Gródek, aby zakończyć trasę w Bobrownikach na granicy z Białorusią. Izolowane Bobrowniki przypominają trochę przyczółek handlowy budowany przez kupców na niegościnnych terenach. Podróżni zatrzymują się tu nie rozglądając wokół, uzupełniają zaopatrzenie i ruszają w dalszą drogę.

Tymczasem to właśnie Bobrowniki stanowią centrum małego wszechświata dla mieszkańców okolicznych wsi i miasteczek. Dają źródło utrzymania, stanowią miejsce wymiany informacji, są punktem odniesienia w codziennych kalkulacjach. Są niepisaną stolicą Doliny Świsłoczy. Spróbujmy zwiedzić ten mikroświat, przemierzając go z północy na południe.

Kruszyniany

Podróż zaczynamy w Kruszynianach, miasteczku znajdującym się na końcu asfaltowej drogi 676 prowadzącej z Supraśli przez Krynki na południe. Wieś Kruszyniany położona jest wśród harmonijnie pofałdowanych, częściowo zalesionych wzgórz. Z ich dość stromo opadających zboczy otwierają się rozległe widoki na dolinę Świsłoczy. Dla wielu punkt docelowy podróży, Kruszyniany są w istocie niezwykłym punktem na mapie Polski. Znajdziemy tu jeden z dwóch drewnianych meczetów tatarskich, które zbudowano w Polsce końcem XVIII wieku.

W weekendy wieś tętni życiem. Mnogość restauracji, gospodarstw turystycznych, miejsc noclegowych dobrze świadczy o tatarskiej smykałce do interesów. Znakomicie wykorzystali oni swoją odrębność, odmienność i potrafili wzbudzić zainteresowanie, a nie strach przybyszów. Nie kryjąc swoich przekonań religijnych odnaleźli się w konserwatywnej Polsce, zdecydowana większość aktywnie uczestniczy w życiu społecznym i politycznym Kruszynian.

Kruszyniany są zdominowane przez ludność pochodzenia tatarskiego. Żyjąc w stosunkowo spójnej, homogenicznej i niezagrożonej wspólnocie, Tatarzy zaczynają o sobie myśleć jako o Polakach - wielu z nich w ostatnim spisie powszechnym jako pierwszą zadeklarowało narodowość polską. Inaczej rzecz ma się z Tatarami żyjącymi w Warszawie, tam tatarskość coraz bardziej rozmywa się, Tatarzy boją się utraty tożsamości. W spisie powszechnym w rubryce „narodowość” warszawscy Tatarzy jak jeden mąż wpisywali „Tatar”, a dopiero potem, ewentualnie, Polak.

Mniejszości w Polsce

Wieś Kruszyniany może być ciekawym obiektem badań socjologicznych: przykładem zestawu warunków, które muszą być spełnione, aby skrajnie odmienna grupa religijna, mniejszość narodowa odnalazła się w obcym dla siebie kulturowo kraju. Elementy, na które ja zwróciłem uwagę, to świadomość i pielęgnowanie własnej tradycji (Tatarzy uczą się swojej historii, oprowadzają po meczecie, utrzymują kontakty z duchownymi muzułmańskimi spoza Polski, pielgrzymują do Mekki), otwartość i akceptacja reguł kraju osiedlenia (Tatarzy uczestniczą w życiu politycznym, startują w wyborach lokalnych, akceptują polskie prawodawstwo) i sukces ekonomiczny (wykorzystanie odmienności, umiejętność zareklamowania i sprzedania atutów).

Nawet w turystycznych Kruszynianach znaleźć można miejsce, gdzie wielkomiejski zgiełk i drogie samochody jeszcze nie dotarły. Kilkaset metrów powyżej meczetu, piaszczysta droga doprowadzi nas do ukrytego w sosnowym lesie cmentarza. Kamienny murek chroni dostępu do porozrzucanych wśród drzew nagrobków. Najstarsze datują się na sam początek XIX wieku. Cmentarz jest dość rozległy, można tu spędzić wiele minut błądząc po cienistych pagórkach i szukając płyt nagrobnych z możliwie najstarszą datą wyrytą w kamieniu.

Tatarski step

Na wschód od Kruszynian nie prowadzi już żadna asfaltowa droga. Pofałdowany, pagórkowaty krajobraz pokryty jest rozległymi polami, które przecinają piaszczyste gościńce. Plątanina dróg oznaczona jest na rozstajach tabliczkami z nazwami miejscowości, jakby państwo polskie chciało nadać powagi tym ścieżkom, podnosząc je do rangi dróg powiatowych. Same wsie łatwo przegapić, to najczęściej kilka domów położonych wzdłuż piaszczystego traktu. Krajobraz przypomina bezkresne mongolskie stepy, może dlatego tak bardzo upodobali go sobie Tatarzy?

W miarę zbliżania się do granicy wzniesienia obniżają się, mijamy punkt widokowy we wsi Rudaki oraz ciekawskie spojrzenia biesiadujących w ogródku mieszkańców. W oddali widoczna jest rzeka Świsłocz, której wody ukryte są w wysokich szuwarach. Za szuwarami wprawne oko dostrzeże białoruskie słupki graniczne. Gdyby usunąć te słupki, rozróżnienie białoruskiej i polskiej części stepu byłoby niemożliwe… Na wschód od Rudaków pojęcie granicy wydaje się już całkowicie abstrakcyjne.

Śmiałkowie, którzy trasę pokonywać będą na rowerach, mogą szybko utracić morale z uwagi na unoszący się w palącym słońcu pył oraz wyboistość ścieżek. Koła roweru zakopują się w piaszczystych drogach powiatowych, nawet jazda z górki jest walką o utrzymanie równowagi. Nie należy się zbyt szybko zniechęcać, zresztą z drogi i tak nie ma odwrotu: prowadzenie roweru pod górę w takich warunkach byłoby jeszcze większą katorgą.

Po kilkudziesięciu minutach lawirowania wśród pól, nie natrafiając zapewne na żadnego przechodnia, zmęczony rowerzysta dotrze do wsi Chomontowce, o której warto wspomnieć przynajmniej z dwóch względów.

Chomontowce

Pierwszym z powodów, które czynią niepozorne Chomontowce wsią wyjątkową, jest bezpośrednia bliskość granicznej rzeki Świsłocz. Strudzeni, brudni i spoceni rowerzyści z pewnością docenią porady jednego z gospodarzy, który zza płota poinstruuje ich, jak trafić nad sam brzeg Świsłoczy. Od gospodarza dowiedzieć się można także, że okoliczne lasy obfitują w grzyby, których zbieranie może być dobrym źródłem dodatkowego zarobku dla lokalnych mieszkańców. Przynajmniej raz w tygodniu odbywa się we wsi skup grzybów, przejeżdżający samochód zatrzymuje się pod domami sprawdzonych gospodarzy i odbiera zbiory.

Rzeka Świsłocz jest również na swój sposób wyjątkowa. Jej powolny nurt, a może niepokojąca nazwa sprawiają, że białoruscy strażnicy graniczni tracą zwyczajowy wigor i łaskawym okiem patrzą na wszystkich, którzy w chłodnych wodach rzeki szukają wytchnienia przed palącym słońcem.

Zdobnictwo drewnianych domów na Podlasiu

Najważniejszym powodem, dla którego warto odwiedzić Chomontowce, są tradycyjnie zdobione drewniane domy, które ze wsi tworzą żywy skansen. Proces wyludniania wiosek w dolinie Świsłoczy, spowodowany emigracją do większych miast, zachował je w stanie niezmienionym od kilkudziesięciu lat. Przechadzając się brukowaną ulicą przecinającą Chomontowce można odnieść wrażenie, że zatrzymał się tu czas. Większość drewnianych domów ma pięknie zdobione nadokienniki, bogato dekorowane naroża, czasem malowane okiennice. Styl dekorowania domów na Podlasiu jest typowy tylko dla tego regionu i coraz częściej postrzegany jako spuścizna kulturowa.

Najwcześniej zaczęto zdobić naroża domów. Charakterystyczne motywy geometryczno-roślinne dekorują większość domów w Chomontowcach. Naroża są symetryczne, często składają się z kilku pól zawierających osobne motywy zdobnicze. Z czasem dekorować zaczęto także okna (nadokienniki i podokienniki) oraz okiennice. Do motywów geometrycznych doszły zdobienia zoomorficzne.

Najbogatsze domy posiadają także zdobione ganki. Początkowo ganki miały proste słupki,  na których wspierał się dwuspadowy daszek. W miarę rozwoju zdobnictwa liczba elementów dekoracyjnych na ganku zwiększała się: dostawiano zdobione słupki, ścianki ganku zaczęto zabudowywać oszklonymi ściankami. Liczba szybek dochodziła do 160, a te najbardziej okazałe mają ich nawet 300! Oszklone ganki nazywano werandami.

Firany, kwiaty, dekoracyjne meble nadawały gankom funkcję reprezentacyjną, a nie użytkową.

Bobrowniki, ostatni zajazd na Dzikim Wschodzie

Minąwszy Chomontowce podróżny zechce najpewniej jak najszybciej dostać się do Bobrownik, odpocząć w klimatyzowanym wnętrzu jednego z przygranicznych sklepów. Pośpiech w tym rejonie nie jest jednak wskazany. Pędząc przed siebie łatwo przeoczyć wiejski cmentarz wciśnięty w pas przygraniczny. Ciekawostką są tutaj liczne tablice informujące o monitoringu i zakazie przekraczania granicy. Jesteśmy tylko 1000 metrów na południe od przyjaznego brzegu Świsłoczy, jednak podejście do problemu granicy zmienia się diametralnie. Rzeka traci swój łagodzący obyczaje urok, wraca poczucie państwowości.

Ryzykant, który wbrew znakom zechce przejść polną drogą jeszcze kilkadziesiąt metrów w stronę Białorusi, szybko zacznie brnąć po kolana w terenie bagnistym. Kolejny graniczny słupek utwierdzi go w przekonaniu, że okolice cmentarza w Chomontowcach służą tylko i wyłącznie grzebaniu zmarłych, a nie spacerom.

Bobrowniki nie zaskakują podróżnego niczym. Porządek rzeczy jest ustalony i jasny dla każdego. Przygraniczne sklepy stoją wzdłuż północnego brzegu drogi, oferując dokładnie te same produkty: walutę, alkohol, papierosy, tani obiad… Większość z nich ustawiono za rowem przydrożnym, przez który przerzucono prowizoryczne kładki. Nikt nie pomyślał o położeniu chodnika. Nawet metalowa barierka od strony ulicy stoi nienaruszona.

Podróżni, którzy zatrzymają się na parkingu po drugiej stronie drogi, muszą przeskoczyć barierkę w dogodnym dla siebie miejscu, potem ostrożnie przejść po prowizorycznej kładce. Dopiero wówczas znajdą się w przyjaznym świecie błyszczących opakowań i sklepowej klimatyzacji. W Bobrownikach to klient musi się natrudzić, żeby dotrzeć do sprzedawcy, co przeczy chyba wszelkim prawom ekonomii wykładanej na uniwersytetach. Sprzedawcy zgodnie, jak w kartelu, zachowują uprzejmą obojętność wobec swych klientów, nie zamierzając im w najmniejszym stopniu ułatwić zadania (poza przerzuceniem kładki przez rów).

Świsłoczany

Ta sama ekspedientka, która bez mrugnięcia okiem odpowiada na moje pytania dotyczące asortymentu sklepu (tak, mają wodę gazowaną, nie, nie kupię tutaj Snickersów) ożywia się, gdy pytam o drogę na Świsłoczany. Ta z punktu widzenia przejezdnego zupełnie nieistotna miejscowość stanowi istotny element jej świata, punkt orientacyjny, a może nawet dom. Chcąc osiągnąć Świsłoczany, muszę przeciąć nitkę asfaltu prowadzącą do granicy i wrócić na polną drogę.

Za Świsłoczanami plątanina polnych dróg gęstnieje, ścieżki co rusz nikną za kolejnymi pagórkami i zakrętami. W niewytłumaczalny sposób wzrasta liczba znaków drogowych i aut, które zagubione w labiryncie dróg próbują osiągnąć cel podróży. Ilość aut jest odwrotnie proporcjonalna do liczby mijanych wiosek - na południe od Świsłoczan można przejechać kilka kilometrów nie natrafiając na żadne osady ludzkie, zjawisko niespotykane choćby w Małopolsce, gdzie koniec jednej wsi oznacza zazwyczaj początek drugiej.

Czym spowodowana jest taka izolacja? Jak wyglądają relacje pomiędzy mieszkańcami kolejnych wsi i miasteczek? I w końcu: jakimi problemami żyją, czy na tak dalekiej prowincji uniwersalny zestaw zmartwień i aspiracji jeszcze obowiązuje? Odpowiedzi na te pytania niespodziewanie znalazłem na końcu mojej trasy, w Jałówce.

Jałówka, miasteczko którego nie ma nawet na mapie Google.

Turystę szukającego Jałówki na mapie Google spotka niemiła niespodzianka. W miejscu jałówkowego rynku, gdzie drogi przecinają się prostopadle, na mapie zaznaczono osadę Kopce. Po Jałówce ani śladu. Fakt ten tłumaczyć może zagubione samochody, która tak licznie mijały mnie wcześniej gdzieś pod Świsłoczanami. Bezsilni kierowcy, przyzwyczajeni do niezawodności elektronicznych map i GPSów, na podlaskiej plątaninie dróg stają się bezradni. Nie wierzą znakom, nie ufają kierunkom, zapominają o intuicji, oduczeni myślenia przez zdobycze techniki.

Tymczasem żeby dotrzeć do Jałówki, trzeba przyjąć zestaw uniwersalnych założeń: przede wszystkim kierować się znakami. Gdy na skrzyżowaniu nie ma znaku, wybierać drogę większą, szerszą. W przypadku wątpliwości, wybierać kierunek południowy. Po pewnym czasie, nawierzchnia zmienia się na asfaltową - to najlepszy znak, że do centrum Jałówki mamy coraz bliżej.

Jałówkę rozpoznać możemy w dwójnasób: po położonej przy rynku cerkwi w kształcie statku kosmicznego i dojmującym poczuciu rezygnacji, którym przesycone jest tutaj powietrze. Miłośników cerkwi i futurystycznej architektury odsyłam do poniższego zdjęcia, gdzie kontemplując kosmiczne kształty świątyni zastanowić się mogą nad źródłem inspiracji architekta, profesora Aleksandra Grygorowicza. Ja postaram opisać się drugą, dużo trudniejszą do ujęcia na fotografii charakterystykę.

Pierwsze wrażenie po wjeździe do Jałówki jest raczej pozytywne: grupka mieszkańców zawzięcie dyskutuje skupiona wokół przystanku autobusowego. Część z nich trzyma ciężkie torby, jakby wybierali się w dalszą podróż. Rozmowę przerywa wytaczający się zza zakrętu autobus, w którym po chwili znikają pasażerowie. To ostatnia stacja, tu autobus zawraca w stronę Białegostoku.

Co dalej?

Po odjeździe autobusu na zadrzewionym rynku w Jałówce opada kurz i zapada niemal absolutna cisza. Niemal, bo przerywana komentarzami dwóch niemłodych już mężczyzn zajmujących jedną z rozpadających się ławek. Rynek przypomina nieco park, wąskie alejki poprowadzono pomiędzy gęsto posadzonymi drzewami. Roślinność jest tak bujna, że giną w niej postaci bohaterów, którym mieszkańcy Jałówki postawili niegdyś pomniki. Centralnie położony park łączy dwa najważniejsze w życiu miasteczka obiekty - wspomnianą wyżej cerkiew i mały, choć otwarty mimo późnej już pory sklep. Pozostałe rogi rynku spina droga wylotowa na Białystok, na horyzoncie ciągle dostrzec można coraz mniejszą sylwetkę autobusu.

Zapytani o restaurację lub bar, w którym można by zjeść ciepły posiłek, dwaj mężczyźni z rynku z rezygnacją potrząsają głowami. „Przecież tu już nic nie ma” - rzuca jeden z nich. Przyglądam mu się uważniej - mimo wlanego w siebie alkoholu zachował zadziwiająco trzeźwą ocenę sytuacji. Słowa zaczynają wypływać z niego wartkim potokiem. Wymienia sąsiadów, którzy dawno wyjechali do miasta, zakłady, które od lat niczego już nie produkują. Smutnym wzrokiem ogarnia zaniedbany rynek i ze złością wraca spojrzeniem na przystanek autobusowy. To przystanek autobusowy jest symbolem całego zła, które dotknęło Jałówkę.

Emigracja

Pierwsi wyjechali już kilkadziesiąt lat temu. Ogromne torby, w które spakowali dorobek swego życia, ledwo mieściły się do autobusu. Tak jak dziś, niecierpliwie tłoczyli się na przystanku, zabijając czas wymianą nieistotnych uwag o pogodzie lub polityce. Ich pozorny spokój maskował zdenerwowanie, które przecież musi towarzyszyć osobom zamierzającym zacząć swe życie od nowa. Białystok, dalekie i nieznane miasto, jawił się wówczas jako ziemia obiecana.

Ci, którzy zostali, posłali choć swoje dzieci na naukę do miasta. Łatwiej było im zacząć gdy ciotka, kuzyn lub wujek przetarli szlak kilka lat wcześniej. Ostatnia fala emigracji z Jałówki miała miejsce kilka lat temu, gdy państwa europejskie otworzyły dla Polaków swoje granice. Autobus do Białegostoku był wtedy tylko pierwszym etapem o wiele dalszej podróży.

Gdy lato minie, a wczasowicze opuszczą rodzinne strony i wrócą tam, gdzie pieniądze i praca, w Jałówce zapadnie cisza. Ostatniej zimy mężczyzna z parku naliczył tylko dwa kominy, z których unosił się dym. Dym, który odczytuje się tutaj jako symbol życia. Gdy dymu zabraknie, ciszy nie zakłóci już nikt.

Polska Egzotyczna

Dolinę Świsłoczy zwiedzałem na rowerze z przewodnikiem „Polska Egzotyczna” Grzegorza Rąkowskiego. Mikroświat polskiego pogranicza, mieszanki języków, kultur i krajobrazów fascynuje mnie od dawna. Ten wpis jest kolejnym już artykułem poświęconym odkrywaniu Polski Egzotycznej, poznawaniu białych plam na mapie Polski. To, co nieznane, mamy przecież na wyciągnięcie ręki.

  • „Polska Egzotyczna” kosztuje już 29,90 PLN i możecie ją kupić, warto!

Podobne wpisy

Determined woman throws darts at target for concept of business success and achieving set goals