Wpis opublikowany w maju 2017 roku. Ceny, rozkłady, przepisy i inne informacje praktyczne mogły się od tego czasu zmienić.
Do pracy dojeżdżam od wielu miesięcy rowerem. Na rowerze licznik, taki przeciętny, z pomiarem bieżącej prędkości plus kilkoma dodatkowymi funkcjami. Przyznam, że rzadko przeskakuję pomiędzy funkcjami. Podstawowy pomiar prędkości plus jedna dodatkowa funkcja w zupełności mi wystarcza. Zdarza się, że nie przestawiam ustawień licznika przez kilka tygodni, zadowolony z wyświetlanej informacji. Dopiero niedawno zreflektowałem się, że to ulubione, niezmienne ustawienie licznika w rzeczywistości ewoluuje w czasie.
Średnia prędkość
Jeszcze do niedawna na moim liczniku królowała średnia prędkość. Poza jak najwyższą prędkością bieżącą, dążyłem też do maksymalnej średniej na całej trasie. Takie podejście sprawiało, że każde zwolnienie, każde światła, każdy postój zaczynał mnie niecierpliwić, wręcz denerwować. Nie wystarczało mi szybkie tempo bieżącej jazdy, ciągle myślałem o tych momentach pomiędzy, chwilach w których „traciłem” prędkość, zaniżałem średnią.
Pewnego dnia licznik spadł mi z roweru i wpadł pod koła samochodu. Efekt - zmiażdżony wyświetlacz i konieczność jazdy przez dwa tygodnie bez licznika. Te dwa tygodnie były dla mnie niczym „detoks” od średniej prędkości. Ciągle podobnym tempem dojeżdżałem do pracy, ciągle przyjeżdżałem mniej więcej o tej samej godzinie, jednak nie zerkałem już nerwowo na licznik kontrolując średnią prędkość.
Cieszył mnie pęd roweru na długich prostych, dalej sprawiała przyjemność szybko jazda w sprzyjających warunkach, ale też częściej zwalniałem, chcąc nacieszyć się pięknym widokiem czy promieniami porannego słońca. Okazało się, że bez informacji o średniej prędkości zupełnie nic w moim nastawieniu do roweru się nie zmieniło: dalej czułem motywację, radość z jeżdżenia. Jedyną różnicą był brak presji czasu, presji na wynik, ciągłej kontroli. Punktem odniesienia stał się nie wczorajszy wynik, tylko bieżące odczucia i spostrzeżenia.
Temperatura
Po kupnie nowego licznika zmieniłem strategię. Coraz częściej przełączałem się z trybu prędkości średniej na całkowity dystans, zegar, by skończyć na pomiarze temperatury. Zmiana o 180 stopni? Tylko pozornie…
Pomiar temperatury, podobnie jak średnia prędkość, uważam za jedno z kluczowych wskazań licznika. Zawsze zerkam na niego jeszcze przed wskoczeniem na siodełko, by prawidłowo dobrać strój do warunków pogodowych. Rezultat? Rzadziej niż do tej pory wyjeżdżam na trasę źle ubrany, rzadziej dojeżdżam do celu spocony albo zmarznięty. Pomiar temperatury przykuł moją uwagę na powrót do chwili bieżącej, do samego momentu wejścia na rower, do rozpoczęcia wycieczki.
Od czasu przełączenia się na tryb temperatury dużo większą satysfakcję niż kiedyś sprawia mi obserwowanie pogody za oknem przed wyjazdem na trasę, jestem też dużo bardziej świadomy warunków na trasie. Nie ukrywam, dużą satysfakcję daje mi też pokonywanie własnej słabości i wyjeżdżanie na rower gdy pogoda jest fatalna.
Motywację stanowi teraz nie chęć pobicia średniej z zeszłego dnia, nie zakotwiczenie w przeszłości, ale chęć zmierzenia się z warunkami i trudnościami dnia dzisiejszego. Do tego dochodzi przyjemność z jazdy podczas ciepłego, słonecznego dnia. Na koniec, poszczególne dni jazdy lepiej zapisują się w mojej pamięci. Wychodząc od temperatury, przechodząc przez obserwację nieba, siły wiatru, opadów zapamiętuje poszczególne dni dużo lepiej niż kiedyś. Wspomnienia z poszczególnych wycieczek to coś więcej niż garść statystyk rozłożonych w skali miesiąca.
Dystans całkowity
Czasem, gdy motywacja do kolejnej przejażdżki spada, przełączam ustawienie licznika i patrzę na dystans całkowity. Każdy kolejny dzień na rowerze delikatnie podbija licznik, jednak nie ma dramatycznego wpływu na jego wartość. Dużą satysfakcję daje mi spojrzenie wstecz, objęcie pamięcią tych wszystkich dni, które złożyły się na całkowity dystans (a które od czasu przełączenia się na tryb temperatury pamiętam o wiele lepiej). Nie odczuwam przy tym presji, by każdy kolejny dzień porównywać z poprzednim. Świadomość, że jeden dzień stanowi tylko ułamek całkowitego dystansu pozwala zachować odpowiedni dystans.
Licznik życia
Przełączenie trybu licznika było dopiero pierwszym etapem zmian, jakie spowodowała jego awaria. Po zmianie trybu śledzenia rowerowych przejażdżek zacząłem się zastanawiać nad ustawieniem licznika w innych aspektach mojego życia.
Podróże
Jeśli chodzi o podróże, to już od dawna licznik ustawiony mam na na ‚temperaturę’, czyli „tu i teraz”. Od dawna jakości wycieczki nie mierzę w kilometrach od domu, a siłą przeżyć, prawdziwością spotkania z ludźmi. Przykładowo wycieczka do Maroka, mimo że dość odległa od domu, okazała się bardziej przewidywalna i sztampowa niż wypad w dziki Beskid Niski.
Nie nakręcając się niepotrzebnie na wyczyn, na chęć zaimponowania komukolwiek, potrafię lepiej, mocniej, bardziej przeżywać nawet te najbliższe wycieczki. Co oczywiście nie wyklucza podejmowania wyzwań, patrz choćby wycieczka na najwyższy wulkan Iranu, Damavand 🙂
Życie zawodowe
W życiu zawodowym jest trochę trudniej. Niejako automatycznie porównujemy się przecież z innymi, patrzymy na średnie zarobki, wysokość premii, przyznane benefity… W tym ciągłym pościgu za pozycją zdarza się chyba, że gubimy to zwykłe zadowolenie z dobrze wykonanej pracy. Te małe sukcesy, podziękowanie współpracownika, zakończenie projektu, wesołe momenty w przerwie obiadowej.
Tu przyznam trudniej przełączyć mi się na tryb ‚tu i teraz’. Bardzo lubię współzawodnictwo, sprawia mi satysfakcję rywalizacja. Niestety, rzutuje to czasem na moją ogólną ocenę dnia pracy. Zamiast docenić to, co dobre, ja myślę o tym, co przyjdzie jutro. Planuję kolejny ruch. Analizuję harmonogram. Życie zawodowe trudno mi przełączyć na tryb uważności, potrzebuję chyba inspiracji. Może jakieś podpowiedzi w komentarzach? 😉
Czas wolny
W końcu czas wolny, chyba najtrudniejsze wyzwanie. Tak łatwo go przecież „zmarnować”. Często łapię się na tym, że już poprzedniego dnia planuję dzień kolejny co do minuty, sporządzam listę „sensownych” zadań do wykonania w czasie wolnym. Każdą minutę usiłuję wykorzystać na maksa, przecież czasu wolnego jest tak mało… Gdy nie mam nic konkretnego do roboty, irytuję się. Podczas jednego zajęcia (np. nauki języka) już planuję kolejne (wieczorne kino).
Myśląc i działając w taki sposób, czasem kładę się spać rozdrażniony. Mimo napiętego grafiku i ciekawych zajęć, coś mi umknęło. Zamiast cieszyć się tym, co w danej chwili robię, byłem nieobecny, myślami gdzieś dalej. Czas mijał mi szybciej niż myślałem, a ja rzucałem się w wir nowej czynności. I tak dzień za dniem, coraz intensywniej planując i coraz bardziej tracąc kontrolę…
A gdyby spróbować zaplanować mniej, a działać intensywniej? Cieszyć się tym, co robię bez presji czasu? Przenieść pozytywne doświadczenia z podróżowania na pozostałe zajęcia? Pierwsze próby już dawno za mną, ale łatwo nie jest! Tym niemniej, ciągle staram się przełączyć ze ‚średniej prędkości” na „temperaturę”…



