Relacja z wyprawy na Damavand z przełomu września i października 2014 roku. Ceny, kursy walut i zasady wjazdu do Iranu mogły się od tego czasu zmienić.
Do Damavandu przymierzałem się długo. Jeszcze przed pierwszą wizytą w Iranie urzekł mnie jej charakterystyczny, stożkowaty kształt, przypominający japońską górę Fuji. Wówczas przygotowywałem się do zwiedzania miast i pustyń, wyprawa w góry nie wchodziła w grę. Udało mi się dotrzeć do podnóży wulkanu, zrobić małe rozeznanie i utwierdzić w przekonaniu, że za rok wracam z jednym celem - wejść na szczyt.
Przed wyjazdem poświęciłem kilka tygodni na tradycyjny trening kondycyjny - bieganie + polskie góry. Damavand nie przedstawia trudności technicznych, nie jest silnie oblodzony (latem), nie natkniemy się tam na duże ekspozycje. Największym wrogiem jest wysokość. Dla osób nie mających doświadczeń z chorobą wysokogórską może czynnik rujnujący całe przygotowania i uniemożliwiający zdobycie szczytu. Jako że Damavand można porównać trochę do Babiej Góry (odosobniony szczyt o stożkowatym kształcie, narażony na silne wiatry i gwałtowne zmiany pogody, często na szczycie temperatura jest o wiele niższa niż kilkaset metrów niżej), szczególnie polecam tą górę przed wyjazdem do Iranu 🙂
Niedziela, 28.09.2014, Teheran
Decydując się na podróż do Iranu samolotem, najprawdopodobniej wylądujemy w Teheranie na międzynarodowym lotnisku Imama Khomeiniego (IKA). Tanią opcją może być podróż tureckimi liniami Pegasus. W zależności od tego, w której części Polski mieszkacie, do wyboru są dwie opcje przelotu: Berlin-Stambuł-Teheran i Lwów-Stambuł-Teheran. Koszt przelotu w obydwie strony nie powinien przekroczyć 1000 PLN.
Z lotniska do centrum Teheranu musimy pojechać taksówką, jedyny autobus kursujący do miasta został zlikwidowany „z braku chętnych”. Korporacje taksówkarzy całkowicie opanowały to miejsce, są wyjątkowo dobrze zorganizowani. Oficjalny koszt taksówki wynosi 500000 rial za auto (+/- 50 PLN), targować się można, a nawet trzeba. Dobrym pomysłem jest poczekanie na innych podróżnych i podzielenie ceny przejazdu między siebie. Ja za kurs powrotny na lotnisko wytargowałem cenę 350000 rial. Najlepszym miejscem na szukanie transportu powrotnego z centrum jest lotnisko krajowe Mehrabad. Dojedziemy tam metrem - do stacji Maidan-e Azadi, a potem pieszo 2km lub savari (dzielona taksówka) za 10000 rial (+/- 1PLN).
Teheran jest olbrzymim, głośnym, przeludnionym, bardzo chaotycznym i brudnym od spalin miastem. Od nadmiaru zanieczyszczeń i silnego słońca szybko puszcza mi się krew z nosa. Ciężko się tutaj zregenerować po długiej podróży. Polecam Wam wymienić walutę, zrobić zapasy żywności (ceny i kursy są najkorzystniejsze w stolicy) i jak najszybciej jechać dalej, np. do Polur.
Ważna uwaga na marginesie, w Iranie ciężko kupić czekoladę w tabliczce - nie ma problemu z dostępnością Snickersów i kruchych ciasteczek, ale jeśli cenimy sobie czystą, gorzką czekoladę jako bombę energetyczną, zabierzmy ją lepiej z Polski. Podobnie rzecz ma się z suchymi kabanosami i wszelkimi kiełbasami, muzułmanie świni nie jedzą, więc nie dostaniemy takich specjałów w żadnym lokalnym sklepie. Jako że kabanosy, jajka na twardo i gorzka czekolada stanowią główną część mojej diety w górach, większość prowiantu przywiozłem ze sobą. Inaczej rzecz ma się ze sprzętem turystycznym, w schroniskach widziałem Irańczyków z plecakami Deutera i w polarach Salewy. W Teheranie, a także dalej w schroniskach możemy bez problemu kupić sprzęt górski.
Zmęczony po podróży i wyczerpany nawigacją przez miasto, szybko zasypiam w tanim hotelu. Sporo ich w okolicy placu imama Khomeiniego. Tego dnia w Teheranie było 28 stopni, bezchmurnie, głośno i brudno.
Poniedziałek, 29.09.2014, Polur
Budzę się przed 8:00 z lekkim bólem głowy. Zmęczenie, stres czy ten upał? Mam cały dzień na dotarcie do miasteczka Polur, i dalej do Camp1 na wysokość 2270m.n.p.m. Nie spiesząc się jem solidne śniadanie i przebijam przez miasto na dworzec wschodni (Terminal-e Shargh). Dotrzeć tam można metrem do stacji Tehranpars i dalej łapiąc savari do dworca za 10000 rial.
Metro w Teheranie to temat na osobną opowieść. Z jednej strony bardzo ułatwia komunikację i orientacje w mieście, w którym gubią się nawet taksówkarze. Dodatkowo jest bardzo tanie, nawet jak na warunki irańskie, jeden przejazd to równowartość 50gr. W godzinach szczytu trzeba liczyć się z niesamowitym tłokiem, wtedy podróż metrem z wyładowanym plecakiem to prawdziwe wyzwanie. Dodatkowo w na co dzień miłych i kulturalnych Irańczyków w metrze wstępuje szaleństwo - pchają się do drzwi pociągu taranując się nawzajem. Kobiety jeżdżą osobnymi wagonami.
Z dworca wschodniego o godzinie 10:00 planowo odjeżdża autobus w kierunku Amol, przejeżdżający przez Polur. Cena biletu wynosi 90000 rial (9 PLN). Zwracam uwagę na słowo planowo - autobusy w Iranie zazwyczaj odjeżdżają z opóźnieniem, pół godziny to standard i nie ma się czym denerwować. Turystów z Europy poznać wówczas można po nerwowym spoglądaniu na zegarek 🙂 Autobus do Polur jedzie bardzo wolno, trasa prowadzi wysoko przez góry. Po drodze czeka nas co najmniej jeden przystanek na posiłek, herbatę, toaletę i… chłodzenie silnika autobusu.
Teheran położony jest na wysokości mniej więcej 1400m.n.p.m, do pokonania mamy ponad 800 metrów przewyższenia. Ważna uwaga, pamiętajcie żeby zwrócić kierowcy kilkakrotnie uwagę gdzie chcemy wysiąść! Polur to malutka wioska, mało kto tam się zatrzymuje. W ubiegłym roku mój kierowca zapomniał zatrzymać się w Polur - a że droga jest w tamtych stronach wyjątkowo kręta i wąska…
…następną okazję do wysiadki miałem po 50 kilometrach.
Wysiadam w Polur po 2 godzinach jazdy - kierowca zostawia mnie na głównym skrzyżowaniu prowadzącym dalej do miasteczka. Figura wspinacza na cokole nie pozostawia wątpliwości, w którą stronę do schroniska (Camp1).
Już z oddali widać, że Damavand jest wulkanem drzemiącym, a nie wygasłym - nad szczytem unoszą się obłoki dymiącej siarki, tzw. fumarole. Potencjalnie aktywny, Damavand nie wybuchł w nowożytnej historii (ostatni raz około 7300r lat temu) i nie ma takiego zagrożenia na najbliższe lata.
Ze skrzyżowania do Camp1 są 2 kilometry, postanawiam zrobić je pieszo na rozgrzewkę. Pogoda jest wyśmienita, jest ciepło, bezwietrznie i bezchmurnie, temperatura w okolicach 25 stopni. W końcu mogę odetchnąć pełną piersią, powietrze jest dużo czystsze niż w Teheranie i nieco bardziej suche. Takie ‘górskie’.
Po dotarciu do Camp1 szybko zostaję zauważony najpierw przez lokalne psy, potem przez obsługę i przy herbatce dopełniam formalności. Atmosfera jest miła, choć panowie ewidentnie zainteresowani są dolarami, a nie udzielaniem porad jak najlepiej zaatakować górę. Permit na górę dla obcokrajowców kosztuje 50$ i nie da się go raczej uniknąć. O pozwolenie pytany byłem kilkakrotnie w każdym ze schronisk. Z drugiej strony turyści atakujący Damavand są ważnym źródłem zarobku dla lokalnej społeczności, dlatego nie warto kryć się przez strażnikami i próbować uniknąć tej opłaty. Nocleg w Camp1 w sali wspólnej to 120000 rial + 40000 rial prysznic (w sumie +/-16 PLN). Schronisko w poniedziałek jest puste, zapełnia się ludźmi w irański weekend a zatem czwartek-piątek.
W schronisku znajduje się niewielki i wiecznie zamknięty sklepik, można kupić wodę, konserwy i słodycze. Ceny zaskakująco niskie. Dostępny także sprzęt sportowy (kurtki). Kartuszy z gazem nie widziałem. Sal wspólnych jest kilka, wszystkie czyste. Łazienki także zadbane, bardzo prosta kuchnia z lodówką i kuchenką gazową.
UWAGA! Na wodę kranową w Polur - zarówno ja, jak i spotkani na szlaku Niemcy mieliśmy problemy żołądkowe po wypiciu tutejszej kranówy - pijcie tylko wodę butelkowaną!
O godzinie 13:00 jestem umyty, najedzony i pełen werwy do dalszego zwiedzania. W ramach aklimatyzacji postanawiam pieszo wyruszyć asfaltową drogą do skrzyżowania, z którego dalej do Camp2 prowadzi droga szutrowa. Droga jest monotonna, prowadzi lekko w górę.
Po ponad godzinie marszu z drogi zgarnia mnie kierowca ciężarówki. On jeszcze nie wie, że na turystach można dobrze zarobić. Częstuje herbatą, chlebem i życzy na migi szczęścia w zdobywaniu szczytu. Spotkania z ludźmi nieskażonymi cywilizacją to najprzyjemniejsze momenty każdego wyjazdu. Jestem na skrzyżowaniu. Ciężko przegapić to miejsce, to tutaj rozrzuconych jest kilka blaszanych domów- kontenerów i parę namiotów. Możliwe jest wypożyczenie samochodu terenowego, który zawiezie nas i bagaże do Camp2.
Dla zainteresowanych - koszt samochodu terenowego z Camp1 do Camp2 to 700000 rial, koszt taksówki tylko do skrzyżowania to 200000 rial. Ja z oferty nie korzystałem, wolałem łapać transport bezpośrednio przy drodze. Z Polur do skrzyżowania najczęściej podrzucali mnie ludzie bezpłatnie, raz zapłaciłem taksówkarzowi 50000 rial. Pieszo droga jest teoretycznie do zrobienia w 2 godziny, ale moim zdaniem nie warto tu zużywać sił. To zwykła asfaltówka, nie jesteśmy jeszcze na ‚prawdziwym’ szlaku. Ja tą trasę pieszo przeszedłem tylko w jedną stronę pierwszego dnia, aklimatyzując się na 2200-2500m.n.p.m.
A więc skrzyżowanie i wreszcie konkretnie do góry, idę w stronę drugiego obozu, gdzie położony jest meczet, a także blaszana buda z możliwością bezpłatnego noclegu. Nie ma jednego oznaczonego szlaku, można iść drogą szutrową dla terenówek, ale ona strasznie kluczy, można iść też ‘na krechę’ kierując się na azymut i jest to w praktyce najlepsze i najłatwiejsze rozwiązanie.
Dla mnie największym problemem były bardzo agresywne psy pasterskie, widząc stado owiec czy koni lepiej od razu nadłożyć drogi i ominąć je szerokim łukiem. Miałem raz przyjemność stanięcia z rozszalałymi psami oko w oko i nogi miałem jak z waty. Dosłownie żegnałem się z życiem, zwłaszcza że pasterze nie są w ogóle zainteresowani losem zaatakowanego turysty. Przewodnicy twierdzą, że najlepszą strategią jest po prostu zdecydowanie iść przed siebie i nie zwracać na psy uwagi. Raz spróbowałem, pies oszalał ze wściekłości i był bardzo bliski ugryzienia mnie. Od tego momentu wolałem tchórzliwie kluczyć i omijać stada 😀
Droga do Camp2 bez plecaka zajmuje 1:15, z plecakiem 1:30 wliczając czas na nadkładanie drogi i poszukiwanie właściwego szlaku. Idąc w górę przecinam kilkakrotnie szutrową drogę, i przedzieram się przez wysuszone o tej porze roku kolczaste małe krzaczki, wieczorem przez pół godziny będę wyciągał powbijane kolce ze skarpet. Z tego powodu już na tej wysokości warto rozważyć ubranie wysokich butów, mimo wysokiej temperatury. Ja ten odcinek pokonywałem w półbutach i ze względu na te osty komfort marszu był przeciętny. Dodatkowo droga jest bardzo sucha i pylista, noga łatwo obsuwa się na kamieniach i w piachu.
W odległości widzę Camp2 Goosfand Sar z charakterystyczną sylwetką meczetu, jednak nie decyduję się dalszy marsz, chcę spokojnie wrócić za dnia do schroniska. Na dziś wystarczy mi wrażeń, zawracam i łapię stopa do Polur. Tam raczę się niezłym kebabem, robię ostatnie zapasy i o 20:30 kładę się spać w Camp1. Jestem w przeciętnej formie po wypiciu wody z kranu, a może zaczynam odczuwać wysokość? Jednak poza kilkoma głębszymi oddechami po drodze do meczetu nie czułem żadnych objawów związanych z przebywaniem na znacznej wysokości. Może to dlatego, że poprzednie 2 tygodnie spędziłem podróżując po Iranie, który niemal w całości położony jest na wysokim płaskowyżu.
Wtorek, 30.09.2014, Bargah Sevom
Szybka pobudka przez 7 rano, porządne śniadanie i wyruszam w trasę, którą zrobiłem już wczoraj pieszo. Godzina 7:45. Plan na dziś - złapać stopa do skrzyżowania, stamtąd pieszo do meczetu, dalej też pieszo do Camp3, tam odpoczynek i nocleg. Pierwsza część planu realizuje się szybko, podwozi mnie rozmowny Ormianin zatroskany o moje zdrowie. Rozmawiamy o jego kraju, opowiadam co udało mi się tam zwiedzić kilka lat temu. Po kwadransie kierowca wysadza mnie na skrzyżowaniu i wylewnie życzy powodzenia. Dalej przedzieram się pieszo znaną już trasą na krechę przez osty do meczetu, modląc się w duchu aby nie spotkać już więcej tych strasznych pasterskich psów. Udaje się! Czy to ze względu na bliskość meczetu moje modły zostały wysłuchane? 😉
Cała trasa zajmuje mi półtorej godziny, na szlaku jestem w godzinach 8:50-10:10. Po drodze nie spotykam nikogo. Jest wtorek, a więc środek irańskiego tygodnia. Dodatkowo zdecydowana większość wspinaczy do Camp2 jedzie autem terenowym, wyruszając znacznie wcześniej niż ja. Goosfand Sar to bardzo prymitywny ośrodek, można tu rozbić namiot lub skorzystać z blaszanej budy robiącej za schronisko. Nie ma bieżącej wody, jest za to mnóstwo mułów i kilku przewodników.
Decyduję się na wynajęcie muła, który wniesie mój plecak do trzeciego schroniska. Koszt po długich negocjacjach to 200000 rial, nie płaćcie więcej, tym bardziej w dolarach. Niestety, na tym etapie możemy spotkać wielu naciągaczy. Negocjować polecam z brodatym mężczyzną mieszkającym w blaszaku po prawej stronie, Hosseinem. Jest przewodnikiem i może poprowadzić na szczyt, na zboczu góry spędza całe lato. Hossein jest najtańszy z całej armii przewodników, ale kiepsko mówi po angielsku. Jest też Masoud, drogi, ale dużo lepiej mówiący w języku Szekspira. Masoud mieszka w Reyneh i prowadzi tam guesthouse.
Zostawiam bagaż mułom i zostaję na herbatę u Hosseina. Wyciągam moje ciasteczka i szybko przełamuję mur nieufności. W tym czasie przewodnicy wyruszają pod górę. Obserwuję objuczone muły, niosą też bagaże innych turystów, którzy byli tu przede mną. Wyjątkowo mocne zwierzęta, przy tym zadziwiająco zwinne i szybkie. Miałem duży problem żeby dotrzymać im tempa na szlaku. Przy dużej sile, muły mają bardzo niewielkie potrzeby żywieniowe, jedzą dosłownie wszystko.
Plecaki zostawiane są przed wejściem do chatki - schroniska Bargah Sevom. Transport odbywa się w plastikowych workach, takich dużych jak na ziemniaki. Na każdym worku markerem właściciel pisze swoje imię i nazwisko. Mimo dość prymitywnej organizacji wszyscy napotkani przeze mnie irańscy przewodnicy zgodnie twierdzili, że tragarzom mułów można zaufać. Mi nic nie zginęło 🙂
O 10:30 wyruszam dalej do góry. Od meczetu droga jest już dobrze widoczna - to taka pylista, pełna piachu ścieżka usłana kamieniami. Jest dobrze widoczna i w końcu nieźle oznakowana. Co jakiś czas kamienie opisane w Farsi, gdzieniegdzie wystaje palik z łopoczącą flagą.
Idzie mi się przyjemnie, wciąż jest dość ciepło, choć wzmaga się wiatr. Od wysokości około 3500 m.n.p.m. ubieram polar, żeby dalej czuć się komfortowo. Nie spieszę się wiedząc, że i tak pokonuję dużą (jak się okaże, zbyt dużą) wysokość, a bagaż czeka na mnie spokojnie przed drzwiami schroniska. Po drodze spotykam parę Włochów z dwoma przewodnikami irańskimi. Włosi są bardzo zmęczeni, wysokość daje im się we znaki. Zagryzają zmęczenie pistacjami, częstują mnie na drogę. Mnie zaczyna delikatnie przytykać dopiero, kiedy mam chatkę w zasięgu wzroku. Do schroniska docieram o godzinie 13:00, bezwiednie padam zmęczony na krzesło i zagryzam arbuzem.
Zobaczcie w jakiej formie byłem tuż przed wejściem do schroniska:
Arbuzy i melony - to podstawowe menu w schronisku na powitanie. Bardzo pomysłowe, na takich wysokościach apetyt jest często zerowy, w ustach sucho, a arbuza przełknąć łatwo i dostarcza sporo wody i cukrów. Samo schronisko jest przestronnym, nieogrzewanym, kamiennym budynkiem z dużą salą wspólną, naliczyłem 26 piętrowych łóżek. Toaleta znajduje się na tyłach budynku w osobnej kamiennej budzie, dostęp do bieżącej wody jest ograniczony, można nalać sobie jej trochę z dużej beczki stojącej niedaleko toalet. W nocy woda zamarza, miejcie to na uwadze!
Schronisko jest bardzo dobrze zaopatrzone, kupić można zarówno wodę, konserwy jak i omlet czy ryż z mięsem. Gorąca woda dostępna bezpłatnie. Gospodarze schroniska mili, ale nie spieszy im się nigdzie - ja na swój obiad czekałem 2 godziny. Ceny znośne, 3 PLN woda, 8 PLN omlet, 20 PLN ryż z mięsem. Na warunki irańskie to sporo, ale zważmy na wysokość i trudności w transporcie. Nocleg w sali wspólnej znów kosztuje 120000 rial. Prysznica nie ma, więc za niego się nie płaci 😀 W budynku jest zimno, wszyscy chodzą w czapkach i polarach, ogrzać można się tylko we własnym śpiworze. Bardzo brakowało mi takiego dużego, ogólnie dostępnego pieca, przy którym można by usiąść i przegadać wieczór… spotykam dużą grupę Polaków, wracają wyczerpani ze szczytu i straszą pogarszającą pogodą. Podejście zajęło im 6 godzin, powrót 4. W sumie 10 godzin i w teorii szczyt jest nasz.
Wraz z upływem czasu czuję się coraz gorzej. Teoretycznie nic mnie jeszcze nie boli, ale zrobienie każdego kroku staje się wręcz nadludzkim wysiłkiem. Droga po schodach na pierwsze piętro do sali wspólnej to jak droga przez mękę, czuję każdy schodek. Wdrapanie się na swoją pryczę na górne łóżko to wyzwanie wymagające przygotowania mentalnego i wyrównania oddechu. Zaczynam czuć lekki ucisk w płucach, znacznie przyspiesza mi oddech. Wreszcie czuję, jak objawia się choroba wysokościowa. Wyniszczenie i osłabienie organizmu następuje dosłownie w kilkadziesiąt minut. Ze zdrowego, pełnego sił i wigoru turysty zmieniam się w męczonego dreszczami chorego. Tracę apetyt. Wycieczka do WC jest dla mnie męczarnią, mimo że to tylko 117 kroków i 20 schodów- każdy boli i przytyka. Zwróćcie uwagę, policzyłem te kroki i schody, każdy był dla mnie bolesny. Dobra rada na przyszłość, 2200 metrów różnicy wysokości w noclegu to może być zbyt dużo jak na jeden dzień.
W kuchni spotykam dwóch Niemców, są w schronisku drugi dzień. Pierwszego dnia pokonali trasę podobną do mojej, ale w nocy zmuszeni byli awaryjnie schodzić do meczetu Camp2 zmniejszając wysokość, bo jeden z nich zaczął się dusić. Wychodzi największa trudność Damvandu, o której wspomniałem na początku - góra jest łatwa technicznie, więc wysokość zdobywa się tu bardzo szybko. Czasem zbyt szybko. Potem swoje trzeba odchorować albo zawrócić… pełen obaw próbuję zasnąć koło 19:00.
Mam dreszcze, jest mi zimno, boli mnie głowa i płuca. Pogoda faktycznie się pogarsza, wzmaga się zimny, silny wiatr. Na szczęście wciąż jest bezchmurnie, tylko szczyt spowity jest we mgle i oparach siarki. O dziwo śpię dobrze, mimo że sen mam przerywany. Zmieniam plan na kolejny dzień - muszę odchorować swoje i trochę pomaszerować po okolicy dla aklimatyzacji. Jestem trochę zrezygnowany, morale mam niskie, kończy mi się wiza i boję się, że nie zdążę zdobyć szczytu.
Środa, 01.10.2014, szczyt Damavand
Wstaję z bólem głowy. Nie mam apetytu i ochoty na cokolwiek. Jest późno, już po 8 rano. Sala opustoszała, część ludzi poszła atakować szczyt, część siedzi na dole w kuchni. Strasznie wieje, jest zimno choć ciągle słonecznie. Wierzchołek Damavandu jak co rano całkowicie spowity jest w chmurach. Nie mogę zmęczyć śniadania, wmuszam w siebie trochę ryżu z mięsem i decyduję, że zrobię sobie wycieczkę do zamarzniętego wodospadu położonego na wysokości 5100m.n.p.m. Teoretycznie są to 3 godziny marszu w górę. Wyruszam o 9 rano, mam bezpieczny zapas czasu.
Droga do wodospadu w górę prowadzi w większości po skałach. Jak tylko zbaczam ze szlaku to wpadam w grząski muł, poruszanie się w takim terenie jest wyczerpujące. W oddali widoczny jest fałszywy wierzchołek Damavandu na wysokości 5400 m.n.p.m. Oznakowanie szlaku oceniam jako dobre, im wyżej tym lepsze. W większości są to paliki z flagami.
Drogę bardzo utrudnia silny wiatr, w miarę wzrostu wysokości wiatr jest coraz zimniejszy i bardziej porywisty. Spotkani wczoraj Polacy mieli rację, pogoda ewidentnie się pogarsza. Do wodospadu docieram po 1,5 godziny, czas mam zadziwiająco dobry. Jestem zaskoczony biorąc pod uwagę formę, w jakiej rano wstałem z łóżka. Idzie mi się nieźle, stabilnie, czuję się o niebo lepiej w porównaniu z poprzednim wieczorem. Organizm w warunkach zmniejszonej zawartości tlenu w powietrzu produkuje erytrocyty odpowiedzialne za przenoszenie tlenu w organizmie. W warunkach obniżonej zawartości tlenu w powietrzu najlepszą strategią aklimatyzacyjną jest sen. Organizm ma wówczas czas na podniesienie poziomu czerwonych krwinek. Ja wyspałem się dobrze i teraz czuję tego pozytywne efekty. Decyduję się iść wyżej i oceniać siły na bieżąco.
W oddali dostrzegam pierwszych ludzi, odpoczywają w okolicach fałszywego wierzchołka na wysokości m.n.p.m. Droga jest dalej kamienista, pojawiają się pierwsze pola siarkowe. Gdy przestaje wiać, czuje się zapach siarki. Od poziomu wodospadu posuwam się w górę coraz wolniej, każdy krok jest dużym wysiłkiem. Znów czuję brak tlenu i spadek sił. Musze robić sobie dużo częstsze niż zazwyczaj przerwy. Idę sam, więc dodatkowym wyzwaniem jest mobilizacja. Dwa lub trzy razy mam chwilę zwątpienia i chcę zawrócić. Jest mi zimno, wiatr mnie przeszywa, brakuje oddechu, dodatkowo niesiona przeze mnie woda w butelce zamarzła i zrobił się z niej sorbet - nie tego oczekuje zmarznięty wędrowiec 😉
Zmieniam strategię - zamiast koncentrować się na wciąż odległym fałszywym wierzchołku wyznaczam sobie bliższe, położone co 50 metrów cele i przy każdym robię przystanek. Zazwyczaj są to większe głazy dające też chwilę wytchnienia od wiatru. Jak się domyślacie, tempo mojego marszu znacznie spada. Odpoczywając za kamieniem dochodzę do siebie bardzo szybko, przeklinam się za słabą wolę i dziarsko wyruszam dalej, by po 4-5 krokach znów mieć myśli zwątpienia. I tak kolejne 300 metrów w górę…
Na fałszywym wierzchołku doganiam trzech Irańczyków, nie posunęli się przez ostatnią godzinę prawie w ogóle do góry. Wyraźnie się o coś kłócą, dwóch stojących niżej przywołuje tego będącego wyżej. Pytam gestami czy wszystko w porządku i przekazują mi, że ze względu na zimno i ciągle pogarszającą się pogodę (przed chwilą wszedłem w chmury) oni wracają do schroniska. Oceniam to jako rozsądną decyzję i podchodzę do trzeciego Irańczyka spytać go o samopoczucie. Odpowiada przekrzykując wiatr, że ma 58 lat, idzie od 5 rano i jest zdeterminowany żeby wejść na szczyt. Sam nie da rady, ale jeśli z nim pójdę i sprowadzę na dół, to on jest gotowy podjąć wyzwanie. Takie podejście działa także na mnie mobilizująco. Decydujemy iść dalej razem.
Poruszamy się we mgle, porywisty wiatr 2 razy zwala mnie z nóg. Co chwilę widoczne są pola siarki i fumarole, wiatr zmienia kierunek i naglę dostaję oparami siarki w twarz. Wrażenie gryzącego dymu i braku tlenu, którego na tej wysokości i tak nie jest zbyt wiele. Zaczynam kaszleć, na szczęście wiatr znów się odwraca i mogę złapać tlen. Sytuacja powtarza się później jeszcze raz. Kiedy wiatru jest słaby, możliwe jest rozsądne omijanie tych siarkowych wyziewów. We mgle i przy szalejącym, zmiennym wietrze jest to niemal niemożliwe.
Wierzchołek z wysokości fałszywego czubka wygląda niesamowicie, bajkowo - jest to kopa niczym bieszczadzka połonina wczesną wiosną, pokryta zielenią, ze skalistym czubkiem spowitym w chmurach. Oczywiście jest to złudne wrażenie, ta zieleń to nie trawa a siarkowy trujący nalot, droga prowadzi przez grząski żwir a na szczycie jest zimno i ponuro. Na szczyt docieramy w samo południe.
Czubek spowity jest całkowicie we mgle, tutaj nie przejaśnia się nawet na moment. Niżej silny wiatr przeganiał co jakiś czas chmury. Ułatwiało to nawigację i pozwalało się nacieszyć widokiem. Na szczycie znajdują się charakterystyczne zmumifikowane ciała zwierząt i tabliczka z oznaczeniem. Szybkie zdjęcie (palce natychmiast odmarzają od wiatru, podobnie odsłonięta twarz), przybijam piątkę z zachwyconym Irańczykiem i decydujemy się na odwrót.
Żałuję, że widok ze szczytu zasłaniają chmury, ale i tak przepełnia mnie radość. Nie planowałem dziś ataku na szczyt, szczęśliwie siły mi dopisały. Teraz musimy skupić się na bezpiecznym zejściu do schroniska. Ostatnie 300 metrów to tzw. niebezpieczna strefa na Damavandzie. Jako że przypomina połoninę, brak jest charakterystycznych punktów odniesienia, a we mgle łatwo zgubić z oczu paliki i szlak. Na szczęście silny wiatr w końcu staje się naszym sprzymierzeńcem - przegania chmury a my możemy cieszyć się pięknymi widokami podczas drogi powrotnej.
Z wysokości fałszywego wierzchołka podziwiam całą trasę, którą przebyłem wchodząc na Damavand. Najpierw chata Bargah Sevom i grzbiet skalny prowadzący do niej w dół, poniżej, znów grzbietem, droga do meczetu Goosfand Sar. Poniżej meczetu widzę szutrowe kręte drogi prowadzące niżej do drogi asfaltowej Polur - Reyneh. Na ostatnim planie widoczna jest głęboka dolina, którą prowadzi główna droga Teheran - Morze Kaspijskie, to przy tej drodze znajduje się miasteczko Polur.
Po drodze mijamy kompanów Irańczyka. Idą bardzo wolnym tempem. Zostawiam mojego towarzysza z nimi a sam kontynuuję schodzenie w szybszym tempie. W chacie Camp3 jestem po niecałych 2 godzinach, koło 14:00. Decyduję jeszcze tego samego dnia zejść do Polur. Nie mam ochoty kolejnej nocy trząść się z zimna na takiej wysokości. Szybko pakuję plecak, i jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie:
Schodzę niżej skacząc po kamieniach, obok mnie plecak jedzie na mule. Znajomy tragarz Mousad dowiedział się, że zdobyłem szczyt w szybkim tempie i zaproponował wspólne zejście, chce sprawdzić czy nie koloryzowałem. Ja mam okazję poobserwować pracę muła i tragarza, muł okazuje się jeszcze zwinniejszym i silniejszym zwierzęciem niż myślałem. Momentami musimy za nim truchtać, aby dotrzymać tempa.
W okolicy meczetu zatrzymuję się tylko przelotem na tradycyjną herbatkę u Hosseina, chcę jeszcze przed zmrokiem dotrzeć do schroniska w Polur. Wciąż idę z Mousadem, przy rozmowie czas mija szybko. Opowiada o wycieczce w góry w Arabii Saudyjskiej, nie miałem pojęcia że są tam jakiekolwiek góry! Dalszych 45 minut i jestem na znanym mi doskonale skrzyżowaniu przy szosie do Polur. Znów udało się ominąć pasterskie psy. Nie wiem czy to moje szczęście czy po prostu umiejętności przewodnika?
Na taksówkę też nie muszę długo czekać, zatrzymuje się już 3 samochód, który próbuję złapać. Do Polur docieram po zmroku, po godzinie 18:00. To był długi i bardzo męczący dzień! Marzę o prysznicu, wrócił mi apetyt… zaspokoiwszy podstawowe potrzeby pakuję się do łóżka i zasypiam niemal natychmiast długim, spokojnym snem.
Dodatkowe informacje praktyczne:
1PLN = +/- 10000 rial = 1000 toman
Camp1 Polur, wysokość 2270mnpm
Camp2 ‘meczet’, wysokość 3040mnpm
Camp3 Bargah Sevom 4250mnpm
Temperatura w Teheranie 28st, temperatura w Polur 25st, temperatura Bargah Sevom 13st w dzień.
Orientacyjne czasy przejścia w godzinach, weźcie pod uwagę, że mniej wytrenowanym turystom poszczególne odcinki zajmowały średnio 2 razy więcej czasu.
Skrzyżowanie->Camp2 1:15
Camp2 ->Camp3 2:30
Camp3 ->wodospad 5100mnmp 1:30
Camp3 –> szczyt 3:00
Szczyt –> Camp3 2:00
Camp3 –> Camp2 2:00
Camp2 –> skrzyżowanie 0:45
Stan na październik 2014.
Więcej informacji na stronie poświęconej w całości wulkanowi.
Wszystkie teksty o Iranie w jednym miejscu: Iran okiem Miszy: Damavand, kultura i codzienność.


